Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Co autorka miała na myśli? „Moc granatu”

2/15/2018

Co autorka miała na myśli? „Moc granatu”


"Co autor/ka miał/a na myśli?" - oto jest pytanie, znienawidzone przez wielu uczniów. Często przenoszą tę nienawiść w dorosłe życie. Mówię jej "stop!" i działam na jasnych zasadach. Przed premierą Mocy granatu przygotowałam rozpiskę, w której ujęłam charakter powieści i główne motywy. Rozpiska powstała w celach roboczych, po czym wylegiwała się w szufladzie. Postanowiłam ją zredagować i udostępnić w pierwsze urodziny książki. Dlaczego taki, a nie inny kolor występuje w tytule? Do czego prowadzi wątek lolity? Co staram się odczarować? We wpisie znajdziecie odpowiedzi na te i więcej pytań, które chodziły, chodzą albo będą chodziły Wam po głowie.

Zdjęcie z drukarni. Fot. Edipresse Książki

Poniższy tekst kieruję zarówno do tych, którzy pragną porównać swoje interpretacje z moimi zamiarami – może nie spodziewaliście się pewnych odniesień, jak i do tych, którzy nie czytali jeszcze Mocy… – żebyście  wiedzieli, na co się przygotować (uwaga spoiler). Mam nadzieję, że wpis zaprowadzi Was na ciekawe psycho tropy i zanęci do lektury. Ilustrują go obrazy, fotografie, a także kolaże, które wyszły spod moich nożyczek.

Opis

"Moja orientacja nie była łaską - w połączeniu z taką osobowością, temperamentem i pomysłami stanowiła ładunek wybuchowy. Granat!", wyznaje Magda. Jego moc powoduje, że romansuje z własną uczennicą, którą nazywa Lolitą i pasjonatem rekonstrukcji historycznych naraz. Na nich nie kończą się jej podboje. Jednak bohaterka testuje nie tylko swe najbardziej namiętne wcielenie. Z łatwością szpiega wślizguje się w role powściągliwej adeptki nauczania, usłużnej hostessy, magnetycznej modelki. Nie opuszcza jej kreatywność ani nie odpuszcza jej autodestrukcja. Okaleczającej się kobiecie niełatwo jest porzucić nawyki, które już dawno weszły w krew. Wszystkie przeżycia i otaczającą ją rzeczywistość komentuje plastycznie, ekspresyjnie, z pazurem, w dwugłosie Erosa i Psyche.

 Eros podsuwa głównej bohaterce i zarazem narratorce:

- lolitkę (uczennicę Magdy, uzdolnioną plastycznie, artystyczną duszę),
- wojaka (pasjonata rekonstrukcji historycznych, pięknisia, narcyza, casanovę),
- Igora (byłego chłopaka),
- maklera (pewnego siebie maklera giełdowego, sponsora).
Każde z nich ma mocny charakter, jest przedstawicielem innego typu osobowości i niesie ze sobą własną opowieść.

Symbolika granatu

Ja pod kolor. Selfie

Chętnie zaplatam sieć skojarzeń. Tytułowa barwa łączy lolitkę i maklera. Pierwsza postać  farbuje na ten kolor włosy. Jak wspominałam, jest uczennicą, a granat nieodłącznie kojarzy się ze szkołą ("Co ma włosy jak atrament" pamiętacie?). Makler zaś chętnie nosi granatowe garnitury. Wielbi połączenie niewinności z wyuzdaniem, czyli cechę „lolicią”. 

Granat jest też kolorem niektórych scenerii, m.in. morskiego krajobrazu (wyjazd z lolitką, rozdział II), wystroju restauracji, który przywodzi na myśl rejs (pierwsza kolacja z maklerem, rozdział VII), rozgwieżdżonej nocy (spacer z Igorem, rozdział V). Ogólnie rzecz biorąc, należy do odcieni nocy, pory miłosnych polowań.

Korzystam również z symboliki granatu jako owocu, amuletu, broni. Jako owoc odnosi się do płodności (wielość ziaren), a Magda ma silną seksualność. 

Fot. ja

Dygresja. Przykładem wykorzystania owocu granatu w malarstwie jest obraz Dantego Gabriela Rossettiego Persefona. Nawiązuje on do opowieści mitologicznej. Persefona, córka Demeter, została porwana przez Hadesa do podziemnego świata. Demeter przekonała Hadesa do oddania ukochanego dziecka. Kiedy Persefona miała już wracać do matki, Hades wręczył jej owoc granatu, który symbolizuje także małżeństwo. Po jego spróbowaniu dziewczyna stała się żoną pana podziemi. Odtąd część roku spędzała z mężem, część z matką. Źródło obrazu

Jako amulet odpędza złe duchy, w przypadku narratorki np. demona okaleczania się czy osoby, które wywierają na nią toksyczny wpływ (amulet nie działa od razu). Broń, ponieważ bohaterka wchodzi w relację z wojakiem, który, odtwarzając bitwy, rzuca granatem. O innym, niedosłownym rodzaju broni jest mowa w cytacie z opisu.

 Czas, czas, czas

Choć pierwszą częścią przygód Magdy są Odcienie czerwieni, czytelnik równie dobrze może zacząć poznawanie bohaterki od Mocy granatu. O ile Odcienie… w dużej mierze opierają się na retrospekcji, o tyle w Mocy… powroty do przeszłości głównej postaci zdarzają się zaledwie kilka razy. Postawiłam na pokazanie przemian bohaterki w krótszym czasie, "tu i teraz". Nieznajomość pierwszej książki z serii nie stanowi przeszkody podczas lektury drugiej.

Psychoerotyki

W Odcieniach… i Mocy… równocześnie obnażam ciała i dusze. Sposób odnoszenia się do ciała często odbija bowiem stany psychiczne bohaterów, szczególnie narratorki.

Miłość niejeden ma kolor. Fot. ja

Ważnymi cechami Mocy... są plastyczność i zmysłowość. Pisanie o seksie traktuję z artystycznym zacięciem. Staram się budować sceny erotyczne odwołujące się do wielu zmysłów. Stąd obok obrazów podsuwam w nich dźwięki, zapachy, smaki. Moją intencją jest pisanie o cielesności z punktu widzenia kobiety, lecz nie w sposób uproszczony, przesłodzony, kiczowaty, kojarzony z Harlequinami.   Moja powieść ma wielowymiarowo działać na wyobraźnię, a przy tym poruszać emocje, nieść w sobie odwagę. Narratorka nie owija niczego w bawełnę.

Magda popełnia błąd za błędem w świecie, w którym wymaga się od człowieka nieustannego trenowania ciała i psychiki, a raczej ich tresowania. On, poprzez pochwałę konsumpcjonizmu, podtyka nam pod nos niby same przyjemności, a przecież tak wiele przyjemności uznaje za tabu. Również seks często opakowuje się w pewien estetyczny schemat, godny czystych, bezzapachowych (i właściwie bezpłciowych)  Barbie i Kena. Drugim sposobem zakłamywania seksu jest jego wulgaryzacja. Narratorka rzuca w ten świat granat swojego postępowania i poglądów.

Najważniejsze według mnie wątki

1. Lolita

Jedną z głównych osi powieści stanowi motyw lolity. Magda odbywa praktyki nauczycielskie na lekcjach plastyki w gimnazjum, miejscu teoretycznie pełnym lolit. Gimnazjalistki w większości ją rozczarowują, ponieważ według niej są zbyt dosadne, pretensjonalne, wulgarne. Dopiero klasowa outsiderka, 16-letnia, starsza od grupy o rok, przyciąga jej uwagę. Ta uczennica, sama zainteresowana sztuką i twórcza, stanowi odbicie narratorki. Ona uznaje je za odbicie w krzywym albo potłuczonym zwierciadle. 

Kolaż mojego autorstwa

Granatowowłosa dzieli zainteresowania i pasje Magdy. Ponadto posiada niektóre jej cechy, m.in. uwodzicielstwo, nienawiść do siebie, nieprzewidywalność. Poprzez zachowania lolitki narratorka zyskuje wgląd w siebie. W to, jak durne i okrutne bywało jej własne postępowanie. W tym samym czasie Magda pisze pracę magisterską o lolitach w  malarstwie. Sama nie wie, czy one przyciągnęły ją do realnych lolit czy na odwrót.

 Balthus, Lekcja gitary. Balthus należy do najbardziej znanych artystów zajmujących się malowaniem lolit. Obraz Lekcja gitary z 1934 r. wzbudził niemały skandal (i nadal ma ku temu potencjał).  Źródło

Motyw powraca  w rozdziale Ja z ogłoszenia. Magda zaczyna pracę jako hostessa i znów widzi lolitki, swoje koleżanki po fachu, szyte pod wymiar, identyczne, śliczne, zawsze uprzejme. Potem, zbiegiem różnych wydarzeń, kobieta wraca do utrzymywania się ze sponsoringu. Wchodzi w dosłowną, przerysowaną rolę lolity rodem z porno z  japońskimi uczennicami w rolach głównych, które oglądała.  Z "nauczycielki" staje się "uczennicą" (rozdział VII). 

Narratorka przekonuje się, jak szkodliwe jest przeświadczenie o dobrodziejstwach płynących z relacji ze starszym, bogatszym mężczyzną. Relacji typu seks za pieniądze. Dowiaduje się, ile kobieta sama za nią płaci.  Poza tym moja bohaterka uważa, że obecnie wiele kobiet jest takimi seksualnymi niewolnicami jak ona dla swojego sponsora, w tym te, które pozostają w nieudanych związkach małżeńskich.

Kolaż mojego autorstwa

W Pięćdziesięciu twarzach Greya oddawanie się przez kobietę fantazjom tytułowego bohatera jest premiowane. Uległość zostaje przez Greya wynagradzana, ba! prowadzi do jego miłości. Ból psychiczny bohaterki, która w głębi siebie na coś się nie zgadza, ale robi to dla uzyskania uczucia mężczyzny, zostaje przez E.L. James pominięty. A jej czytelniczki często przyklaskują układowi gąska Ana – wszechwładny Grey. W mojej powieści nie pomijam tego bólu, a traktuję sprawę brutalniej i realniej. W Mocy... za uległość Magda nie zyskuje miłości żadnego z wymienionych kochanków.

Narratorka dochodzi do wniosku, że sama jest lolitą, ale nie odkrył tego nawet sponsor. Stworzył ją w niej ojciec, który ją molestował. On jako pierwszy obsadził bohaterkę w roli uwodzicielki, gdy była dziewczynką (co dokładniej opisuję w Odcieniach...). Zabieg zastosowałam celowo: w Odcieniach… i w Mocy… Magda jest zapatrzona w lolity, a ostatecznie okazuje się, że sama do nich należy. Ciągle czuje się skrzywdzoną dziewczynką, a nie pełnowartościową kobietą. Krzywdy zaś  ciągną się dalej.

Obraz Henninga von Gierke oparty na Pokoju Balthusa, źródło

Jedną z moich inspiracji była najsłynniejsza powieść Vladimira Nabokova, którą cenię za siłę, wielowątkowość, niejednoznaczność, mistrzostwo stylistyczne. Ona mrocznieje ze strony na stronę. Jednak tworzę własną Lolitę, w swoim stylu, z perspektywy kobiecej. Jedna z recenzentek, Karolina Nos-Cybelius, dobrze to wyczuła. Już jej recenzja Odcieni... KLIK ujęła podobieństwa i różnice z powieścią Nabokova. W Mocy... pogłębiam omawiany motyw. Przełamuję stereotyp, że jeśli romans lolici, to tylko nastolatki ze starszym mężczyzną. W mojej książce następuje on między dwiema kobietami, które są i kochankami, i w pewien sposób duchowymi bliźniaczkami.

2. Biseksualność

Główna bohaterka jest już przekonana o swojej tożsamości seksualnej. W jej imię popełnia kolejne szaleństwa, np. podwójny romans, który początkowo wydaje się jej rajem.

Kolaż mojego autorstwa

"Mężczyzna dawał mi inny typ rozkoszy niż kobieta. Owszem, piękno Ewy budziło moje zachwyty i żądze. Uwielbiałam go kosztować. Celebrowałam wtedy każdą chwile, każdy najmniejszy gest. Próbowałam je zapamiętać, żeby odtwarzać w głowie, kiedy tylko będę chciała. A seks z Adamem nie był dla mnie odświętny, lecz codzienny, lepiej poznany. Ewa nie pozwalała mi posmakować tego co Adam. Z nią nie czułam się wypełniona do granic. Ona nie posuwała mnie brutalnie, potrząsając z całą mocą, aż stawałam się jej ruchami. Potrzebowałam więc i Adama, i Ewy, żeby stworzyć własny zmysłowy raj, w którym niczego mi nie zabraknie. Krainę mlekiem i miodem płynącą. Po raz pierwszy w życiu trafiła mi się szansa na zaspokojenie niezaspokojonego apetytu".

Ta relacja krzywdzi jednak wszystkie "osoby dramatu". Magda pochopnie postanawia więc odżegnywać się od swojego biseksualizmu, w tym poprzez autoagresję. Winą za zaistniałe sytuacje obarcza nie siebie, nie swoją impulsywność, a swoją orientację. Głodzi się, żeby ukarać ciało. Znów stan emocjonalny wpływa na stan cielesny. Magda zaczyna się dożywiać dopiero, gdy na nowo chce zdobyć swojego byłego chłopaka, Igora.

Powieść ukazuje, jak opresyjnie działa obecna rzeczywistość na osoby, które mają taką samą tożsamość seksualną jak Magda. Kobieta nie znajduje bodźców do tego, żeby ją zaakceptować i polubić, nie czuć się z jej powodu inną i winną.  Nie jest do końca pogodzona również ze swoim apetytem seksualnym. Wpada w istne ciągi albo przechodzi na odwyk.  Magda karze się za to, jaka jest, także wybierając związki bez przyszłości. Na jej przykładzie widać, jak stłamszony czuje się człowiek, który nie może w pełni wyrazić siebie.

3. Wychodzenie z nałogu i ból

Narratorka przestaje się okaleczać, choć niełatwo jej to przychodzi. Niestety jeden sposób zadawania bólu zamienia na inny. Właściwie od cierpienia, a nie od gestu przesuwania żyletką po skórze uzależniła się równie silnie jak od namiętności. Doznaje bólu w romansie z wojakiem (brutalny seks, brak dostępu emocjonalnego do partnera). Następnie głodzi się, gdy chce "wyjść" z biseksualizmu, co rzecz jasna jest niemożliwe. Cierpi w relacji z Igorem. Po czasie tradycyjnej sielanki następuje poniżanie, a ona trwa przy nim jak wierna suka, żeby być przy kimkolwiek. Praca na promocjach w supermarketach, którą zaczyna wykonywać, również nie jest pracą jej marzeń, delikatnie mówiąc. Kolejne poniżenia następują przy sponsoringu, gdy ona czuje się obracanym przez sponsora kawałkiem mięsa.

Kolaż mojego autorstwa

4. Role i ich odczarowanie

Wcielenia bohaterki i różne wymiary kobiecości widać już w opisie książki na okładce. Wybrawszy dla Magdy role typowo kobiece (np. nauczycielki, hostessy, lolity, modelki), ukazuję je od środka, ale dość przewrotnie. Prezentuję ich barwność i jednocześnie odsączam ze stereotypowej słodyczy. 

Popisów aktorskich od kobiet wymaga nie  tylko praca, ale i codzienność. Magda ciągle testuje również inne typowo kobiece funkcje: kochanki, matki. Karmi innych swoim ciałem, a także opieką, troską, zamartwianiem się o nich, godnymi typowej matki Polki. Narratorka matkuje Igorowi i jego współlokatorowi, a wcześniej lolitce. Dostaje nieliczne wyrazy wdzięczności. Igor "odwzajemnia się" jej zaś zdradą emocjonalną. 

Inną z ról bohaterki, także powszechnie znaną, jest kopciuszek. Magda pragnie, żeby wojak wybrał właśnie ją spośród innych i żeby żyli długo i szczęśliwie. Plan kończy się totalną klapą. Natomiast w pewnym momencie narratorce udaje się wślizgnąć w rolę wojaka. Podczas ich tanga narzuca na siebie części jego munduru.

W fabule wcielenia są więc co i rusz przetasowywane. Okazuje się, że typowe role, wkładane do głów kobietom od najmłodszych lat, bywają bardzo zgubne i unieszczęśliwiające. Zahaczam również o kult piękna i jego dyktaturę.

Magda  najlepiej odnajduje się chyba we wcieleniu fotomodelki. 

Zdjęcie z drukarni. Wewnątrz okładki znajduje się fotografia autorstwa Beaty Kowskiej.  Fot. Edipresse Książki

To jest dla niej czysta gra, czysta fantazja. Choć sztuczna na wskroś, to – paradoksalnie –pozbawiona hipokryzji kreacji znanych z codziennego życia, w których ludziom jest za ciasno.  A udają, że ich kolejne wcielenia są naturalne.

Nie krytykuję kobiecości, lecz pewne schematy, wycinanie siebie pod cudze szablony. Nie tworzę przeciwko kobietom, a dla nich. W doświadczeniach Magdy mogą odnaleźć własne przeżycia, refleksje, ostrzeżenia dla siebie. Mimo, że koncentruję się na płci, do której należę, nie chcę zawężać czytelniczego grona. Czytając tę powieść, mężczyźni nie tylko lepiej zrozumieją to, z czym się mierzą dziewczyny, kobiety. Pisząc o zmianach w tożsamości danej osoby, piszę o zmianach w tożsamości człowieka w ogóle.

5. Praca, współczesność, uniwersalizm

W rozdziale VI Magda wygłasza tyradę na temat tego, jak system, w którym żyjemy, czyni z ludzi swoich poddanych i hamuje ich potencjał. Bohaterka doświadcza, że bardzo trudno jest się przebić. Uzmysławia, że każdy musi jak najlepiej sprzedać siebie, i odpowiadając na ogłoszenia o pracę, i na te o miłość (narratorka ma nawet przygodę na znanym portalu randkowym). Jej przeżycia, w tym romansowe, oddają ogólne problemy. Poprzez nie starałam się dotrzeć do wnętrza człowieka, pokładów czułości i cierpienia, jakie się w nim znajdują i/lub się do niego wdzierają za pośrednictwem innych ludzi.

6. Sztuka jako lekarstwo

Magdy nie ratuje od bolączek miłość, jak to zwykle bywa w romantycznych opowieściach, a sztuka. Pasja do niej, która prowadzi ją do pozowania do zdjęć, czyli dosłownego stawania się częścią sztuki. Bohaterka nareszcie się spełnia, choć dalej pełni stereotypowo kobiecą funkcję. Fotografka, wymierzając w nią lufę aparatu, odgrywa wtedy rolę streotypowo męską. Jednak obie odnajdują się w tym, co robią. 

Istotna jest scena w ostatnim rozdziale, gdy narratorka polewa na potrzeby póz swoje nagie ciało farbami, najpierw czerwoną, później granatową. "Nie należałam również całkowicie ani do czerwieni, ani do granatu. Należałam bowiem do obu, do ognia i wody, rozgrzewana i oziębiana podczas zabawy w ciepło-zimno".

Inspiracja do sceny. Fot. Christopher Gilbert. Źródło

Uwaga: wątków nie porządkowałam według ich ważności. 

Podsumowanie i kilka słów o formie

W pierwszej warstwie powieść ma być wciągającą, kwiecistą historią. Gdy czytelnik zechce zajrzeć pod jej powierzchnię, ujawnią się pewne postawy czy motywy znane z kultury.

Cechami Mocy...  są przede wszystkim przewrotność, prowokacyjność, bunt, które od środka wchodzą w rzeczywistość i panującą obyczajowość. Nie jako skandal dla skandalu, lecz dla przełamania schematów, pokazania emocjonalnej prawdy. 

Chętnie nadaję książkom formę przypominającą pamiętnik. Mają ją wszystkie moje dotychczasowe powieści. Uważam, że niesie ona w sobie ekspresję, intymność, stwarza aurę szczerości. Oprócz stanów ducha oddaję aurę czasów, w których powstaje tekst.

Lubię stosować porównania, gry słów, wplatać potoczne powiedzenia. Pragnę, żeby zdania zachowywały swoisty rytm, np. dzięki powtórzeniom. Chętnie posługuję się żartem, ironią, które mimo wszystko współgrają mi z tematyką. Czasami jest to śmiech przez łzy. Magda bywa smutnym błaznem.

Picasso, Arlekin, 1901 r., źródło

Więcej wpisów o Mocy..., w tym sprawozdania ze spotkań autorskich, znajdziecie pod tym linkiem KLIK. W ramach wspominek polecam wpis o premierze powieści, która odbyła się w Domu Literatury w Łodzi KLIK.  

Tak było. Fot. Dom Literatury w Łodzi

Odcienie... i Moc... są dostępne w księgarniach stacjonarnych, internetowych, bibliotekach.  Niezmiennie jestem ciekawa Waszych odczuć i opinii po lekturze. Póki co zastanawiam się, który z zaprezentowanych powyżej wątków najbardziej Was przyciągnął? A który Was od siebie odepchnął?

Mam też pytania do osób, które znają już Moc... Jakie powiązania przedstawione we wpisie były dla Was jasne po przeczytaniu książki? Jakie pomogły Wam w odczytaniu jej na nowo? Jakich się nie spodziewaliście? 
Po "Powidokach"

3/09/2017

Po "Powidokach"


Film widziałam grubo ponad miesiąc temu. Mam ostatnio sporo pracy związanej z promocją nowej książki. Napisanie notki o nim ciągle odkładałam więc na bok. Zbliża się spotkanie autorskie ze mną w bibliotece noszącej imię Władysława Strzemińskiego. Uznałam, że oto znak. Koniec odkładania. Przed Wami plusy i minusy Powidoków moim okiem.

Fot. Wiktoria Grzelak

Najlepsze okazały się zdjęcia, o malarskim charakterze. Cóż to byłby za film o plastyku z beznadziejnymi kadrami. Najbardziej podobały mi się lekko przygaszone kolory. Operator, Paweł Edelman, spisał się na medal, ale on dostał już wiele nagród, nominację do Oscara, więc czego innego mielibyśmy się po nim spodziewać ;)

Odpowiadał mi również jeszcze inaczej ujęty portret Strzemińskiego - bezkompromisowego artysty, nieugiętego wobec PRL-owskiej władzy. Zachowywał wierność swoim awangardowym przekonaniom w każdej sytuacji. Bogusław Linda świetnie przedstawił go też jako pełnego pasji naukowca, charyzmatycznego wykładowcę. Strzemiński nigdy nie żył w luksusach, ale po zwolnieniu z posady profesora Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (powód: nie chciał mieć nic wspólnego z socrealizmem) bieda u niego aż piszczała. Mimo tego malarza nie kusiło przerwanie koszmaru swojej codzienności w zamian za popieranie komunistów. Historia chichotała w najlepsze, bo kto, jak nie on fascynował się rewolucją. Linda przekonująco odegrał złożoność i paradoksalność tej sytuacji. Położenie artysty wyrzucanego z instytucji, których był współzałożycielem. W łódzkim Muzeum Sztuki też przestał być mile widziany, w ogóle widziany, gdyż jego obrazy zostały zdjęte ze ścian. 

Walkę o utrzymanie się zestawiono z fizycznym cierpieniem. Scena, w której niepełnosprawny malarz upada na dekorowanej przez siebie wystawie sklepu (innej pracy brak), razem z manekinami, ostro grała na emocjach. Wajda zresztą postawił w tym filmie na mocno naładowane symboliką akcenty. Z różnym powodzeniem, o czym napiszę dalej. 

Teraz muszę Wam się przyznać do mojej słabości do Lindy. Uwielbiam jego przerysowaną, charyzmatyczną grę aktorską. Kiedy ze Strzemińskiego wychodził szorstki w obyciu Franz Maurer, byłam wniebowzięta. Naprawdę. Jednak mają specyficzny, wspólny sznyt ci bohaterowie romantyczni, chociaż każdy z nich wyrażał siłę charakteru i dumę w innych okolicznościach. 

Fot. Wiktoria Grzelak

Przejdźmy do mniej romantycznego związku Strzemińskiego z Katarzyną Kobro. Początkowo podobno bardzo się kochali. Razem żyli i tworzyli. Tajemnicą poliszynela jest to, że gdy w ich związku działo się już źle, Strzemiński bił żonę. A Andrzej Wajda o tym ani mru mru. Wykoncypował zaś scenę, że po pogrzebie Kobro, na którym nie chciała widzieć swojego jakże kochającego męża, on farbuje kwiaty pod kolor jej oczu. Kuśtykając o kulach zmierza na grób żony. Czy muszę pisać, jak gruba jest to przesada? Ckliwość aż biła po oczach. Brrr.

Uważam, że w filmie szczerze powinny być przedstawione różne strony osobowości malarza, te ciemne również. One dodałyby prawdy jego wizerunkowi. Taki pod tytułem „Kryształowy Strzemiński” nie wychodzi głównemu bohaterowi na dobre, a wypada koślawo, zanadto go upraszczając. 

Konflikt między małżonkami był wcześniej zarysowany w fabule, tak, ale  łagodną linią. Akcja dzieje się po ich rozstaniu. Kobro jest  poważnie chora, więc niby nie powinno dziwić wid
za, jak mało miejsca zostało jej poświęcone. Moja znajoma nazwała ten zabieg „nogami Kobro”: „Jedyna scena, gdzie widać Kobro w całym filmie, to wizyta Niki w szpitalu, widać tam jej matki martwe nogi. Wydaję mi się, że Kobro zasłużyła na nieco więcej uwagi”. Ano, zasłużyła, bez wątpienia. Co prawda filmowa Nika wtrąciła kilka zdań o matce. Śledziłam, jak z klasą zwiedza Salę Neoplastyczną w Muzeum Sztuki, jeszcze przed jej likwidacją i trafia na dzieła obojga rodziców. Zabrała rzeźby autorstwa Kobro z ich domu. Ale to by było chyba na tyle. 

Tak naprawdę rzeźbiarka z mężem wzajemnie wpływali na swoją twórczość. Wspólnie pracowali nad teoriami artystycznymi. Cały laur za te teorie spadł w pewnej chwili na Strzemińskiego. Zasługi Kobro są zauważane i podkreślane od krótkiego czasu. W filmie była obecna i nie było jej zarazem. 

Oplotkuję już całą rodzinę. Odtwórczyni roli wspomnianej Niki znacznie bardziej pasowałaby do odtwarzania roli Pinokia. Tyle życia i naturalności miała jej gra. 

Bardzo brakowało mi także pokazania, że wysiłek Strzemińskiego nie poszedł na marne. Jego 
zakazane dzieła znów wiszą w muzeach. Książka na temat widzenia, ze słynnymi wykładami, przepisywana przez studentów w tajemnicy, została ostatnio wznowiona. Docenia się go więc i jako praktyka, i  teoretyka sztuki. Na dobre zagościł na kartach jej historii. Twórcy filmu mogli dać znać widzom chociażby w napisach końcowych, że wierność wyznawanym zasadom artystycznym koniec końców wygrała. Tym bardziej, że z takim zacięciem ją pokazali.

Wyszłam z seansu ze sporym niedosytem. Może spodziewałam się Bóg wie czego? Podsumuję dyplomatycznie, że Wajda nakręcił znacznie lepsze filmy. 


***
Razem z Organizatorami zapraszam Was, żebyście spędzili piątkowy wieczór ze mną we wspomnianej bibliotece :)


Jego bohaterem będzie nie tylko Moc granatu, ale i moje wcześniejsze powieści, w których sztuka też ma sporo do powiedzenia. Szczegóły:  https://www.facebook.com/events/408819546136823.
Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"

2/08/2017

Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"



Zanim przejdę do właściwego filmu, odniosę się do tego, co zobaczyłam przed seansem w paradzie zwiastunów. Była to zapowiedź drugiej części przygód ni(e)jakiego Christiana Greya. Garnitur, szpilki, odrzutowiec i wielkie AAAACH! W głowie tłukł mi się wtedy wiersz W aeroplanie. Pamiętacie? Na wszelki wypadek przypomnę.

„Miała babcia kurkę,
Kurkę-złotopiórkę,
Wesołą kokoszkę,
Zwariowaną troszkę.
Kiedyś jej ta kurka
Uciekła z podwórka.
Babcia za nią truchtem drepce,
„Wracaj” - krzyczy... – „A ja nie chcę!”


A tam zaraz blisko
To było lotnisko,
Kurka się tam zapędziła,
Aeroplan zobaczyła,
A że była dobra skoczka,
Wskoczyła tam nasza kwoczka.
Wtedy babcia - hopla! -
Też na aeroplan”.

Grey co prawda nie ma kurki, a gąskę (wyjaśniałam to tutaj http://bit.ly/2kP9uR1), którą sam wsadza do aeroplanu i lecą! W wyzwolenie, skoro wszystko dzieje pod hasłem porzucenia konwenansów? A skąd. Para za mocno nie odstaje od XIX wieku. On poluje, ona stanowi łup. Trzeba ten łup na nowo zdobywać, jeśli się go straci i tak w koło Macieju. Kochankowie wirują w schematach w otoczce typu Francja-elegancja, która jest pretensjonalna, że aż zęby bolą. A reklamodawcy próbują nam wmówić, że mamy przed sobą coś pięknego, odważnego i mrau. Stereotypy ukrywają za atrakcyjną maseczką.

Po tych rewelacjach jeszcze piękniej, odważniej i bardziej mrau wypadł „film właściwy”. Szerokie spodnie, szalony miks wzorów i kolorów, sznury bursztynów. Oto doktor Michalina Wisłocka. Pacjentka przeżywająca rozkosz sama ze sobą przy dźwiękach Kwiatów we włosach. Oto jej gabinet ginekologiczny. Sztuka kochania. Oto poradnik seksualny jej autorstwa, o którego publikację walczy ramię w ramię z innymi kobietami. Pod ich wspólną siłą nawet wszechwładni oficjele partyjni muszą się ugiąć.

Pewnie Wisłocka jest mniej lub bardziej heroizowana. Jednak podoba mi się jej portret jako pasjonatki swojej pracy. Z drugiej strony widz poznaje wzloty  i upadki w jej życiu osobistym. Doświadcza napięcia. Co powiecie na tango dwóch kobiet, do którego dołącza mężczyzna? Na galimatias z dwiema ciążami, z których oficjalnie tworzy się jedna, bliźniacza? Na boskiego kochanka, odkrywającego przed Wisłocką pełnię jej kobiecości. Szkoda tylko, że zajęty…

Tak, mężczyzna i ją prowadzi. Taka jest jej droga. Wisłocka powiela tradycyjne role kobiety i mężczyzny w swojej książce. Odkąd po wizycie w kinie przeczytałam jej analizę w tym artykule http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/olga-wrobel-sztuka-kochania-wislocka/, coś mina mi zrzedła. Moje poglądy mocno różnią się od tych Wisłockiej. Nie zgadzam się m.in. z jej receptą na kobiecą atrakcyjność, szczęście w związku, uwagami na temat prowokowania przez dziewczęta do gwałtu, obrzezania. Jak na dzisiejsze standardy książka Sztuka… okazuje się ramotką. Wydawca zaś lansuje ją jako aktualną. Zgadzam się z autorką artykułu, że gdyby przedstawił całość  w kontekście publikacji przełomowej, ale dla nas już historycznej, sprawa wyglądałaby inaczej.  

Ale to książka. Nadal ujmuje mnie wiara Wisłockiej w sens swoich działań pokazana w filmie. One są dla dobra kobiet, choć tak, jak ginekolożka sama je pojmuje. Istotna jest też oczywiście różnica okoliczności historycznych. Grey jest zaś współczesny i zarazem zachowawczy do bólu. Przy tym film o seksuolożce z PRL-u wydaje się wręcz rewolucyjny.

W porównaniu z innymi „hitami” kinowymi, serwowanymi w okolicach Walentynek, Sztuka… nie jest picem na wodę fotomontażem. Okazuje się wyjątkowo śmiała i  niejednoznaczna. Ba, można pokazać taki film w mainstreamie i ludzie go oglądają. Erotyka adresowana głównie do kobiet nie trąci plastikiem, a mózg nie robi się od niej gąbczasty.

Przejdźmy więc do łóżka i nie tylko, bo w plenerze także sporo się dzieje. Kadry są całkiem zmysłowe, choć ten z błękitną czy tam zieloną laguną trącił kiczem. Czy sceny erotyczne są odważne? Zależy, co kto ma za odważne, ale jak na współczesne polskie kino - owszem. Dla mnie ich siłę stanowią naturalność i swoboda. Głównego amanta odstawia chłop z wąsem, a nie dyżurny piękniś i to też się chwali. Aeroplan mu niepotrzebny. Ma traktor ;) Ponadto umie uszyć ukochanej kieckę z zasłonki. Bardziej przemawia do mnie dzikość i czułość ich relacji niż głodne kawałki ze współczesnych komedii romantycznych, szyte jakby pod jeden wymiar.  Wspomniany chłop nie chce ani kurki, ani gąski. On chce raczej takiego ptaka, który potrafi latać na swoich skrzydłach. To już jest coś.

Główna postać również została odegrana charakternie i z pasją. W ogóle uczucia, które emanują z ekranowych bohaterów, wydają się na wskroś prawdziwe. Dzieci również zagrały dobrze, szczególnie w zestawieniu z pewnym drewienkiem z Powidoków (o których jeszcze napiszę, obiecałam!).

Mam własny sposób pomiaru, czy film jest dobry. Skalą są łzy. Jeśli nie płaczę szału nie ma. Na Sztuce kochania szał był. Chyba najbardziej przejmująca była dla mnie walka o publikację książki i samotność osoby zajmującej się zawodowo miłością. Mówiłam, że jest niejednoznacznie?

W moich powieściach Odcienie czerwieni i Moc granatu staram się udowodnić, że o ciele i zmysłach kobieta może mówić innym językiem niż z Harlequina. Opisuję i seks heteroseksualny, i lesbijski. Wejście w typowe role, podszewkę  pod nimi i zamianę ról. Kiedy mówię, że piszę m. in. o erotyce, nieraz widzę pobłażliwy uśmieszek i słyszę: „Aaaa, coś a’la Grey?”. Muszę przekonywać, że to, co tworzę, jest bardzo oddalone od tej książki. Sądzę, że jest miejsce na różne typy wyobraźni, pojmowania relacji i absolutnie nie będę krzyczeć: „Precz z…”. Po prostu przeszkadza mi utarte przekonanie, że seks w literaturze, w kinie dla wielu równa się wiadomej serii. Cieszę się więc ze Sztuki kochania  na ekranie. Wierzę (może naiwnie), że i tym razem Wisłocka pomoże wyważać drzwi tego, co powszechnie przyjęte.


Jeśli macie ochotę podyskutować na żywo m. in. o sposobach prezentowania erotyki we współczesnej kulturze, zapraszam na spotkanie autorskie ze mną w Domu Literatury w Łodzi, 16 lutego o 19:00 :).

Udanej randki!

3/02/2016

Udanej randki!


Przedpremierowe fragmenty, które poznaliście, są zaledwie kilkoma nitkami wyprutymi z książki. Które miejsca w niej utkały i z jakich innych motywów uszyłam całą historię, sprawdzicie, będąc już sam na sam z powieścią. Mam nadzieję, że krwistoczerwona kreacja prosto spod igły będzie zapierać dech, a randkę zaliczycie do ekscytujących ;). Gdy skończycie balować z bohaterką, umyjecie kieliszki i pozbieracie pończoszki, pamiętajcie, że czekam na Wasze wrażenia.

Fot. Arth

Ciekawe omówienie książki znajdziecie na stronie Rynek-Ksiazki.pl w artykule Mocne oblicza biseksualnej namiętności. Jest w nim mowa o motywach postępowania bohaterki, ze wskazaniem m.in. na jej przeszłość i agresję, której doświadczyła w rodzinie. Fragment, który się do tego odnosi, został opublikowany na wortalu literackim Granice.pl. Do przeczytania Odcieni czerwieni zachęcają patroni medialni: serwisy Polki.pl i  Wizaz.pl.

Reklama prasowa

***
Co czuję w dniu premiery? Matczyną dumę :). Pomyślałam, że moja pierwsza powieść była z kości, a druga jest z krwi. Chętnie zdecyduję się na kolejne papierowe dziecko ;).

Ń i OGIEŃ

3/01/2016

Ń i OGIEŃ


Były już C i CZUŁOŚĆ,  Z i ZNISZCZENIE, E i EGOIZM, R i RYZYKO, W i WSTYD, I oraz IRYTACJA, E i EUFORIA.  Skoro „Ń” jest ostatnią „czerwoną” literą, to niech słowo się na nią kończy i nie ma problemu z cytatem :). Ognia!

„(…) zaczęłam wierzyć, że czerwień wzywa czerwień. Dlatego od czerwieni namiętności przechodziłam do czerwieni krwi. Dla mnie w moich instynktach tkwiły prawda, wartość i poezja. Ta ostatnia nie była sentymentalna. Ona płonęła i parzyła”.


F. Marc, Czerwona kobieta, źródło
***
Moja metoda: każdej literze, która składa się na słowo „czerwień”, przyporządkowywałam temat powiązany z tym kolorem i z fabułą powieści, a tematowi – część tekstu i ilustrację. Jutro, w dniu premiery Odcieni czerwieni, jeszcze się do tego odniosę :). 
Copyright © Marta Motyl