Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"

2/08/2017

Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"



Zanim przejdę do właściwego filmu, odniosę się do tego, co zobaczyłam przed seansem w paradzie zwiastunów. Była to zapowiedź drugiej części przygód ni(e)jakiego Christiana Greya. Garnitur, szpilki, odrzutowiec i wielkie AAAACH! W głowie tłukł mi się wtedy wiersz W aeroplanie. Pamiętacie? Na wszelki wypadek przypomnę.

„Miała babcia kurkę,
Kurkę-złotopiórkę,
Wesołą kokoszkę,
Zwariowaną troszkę.
Kiedyś jej ta kurka
Uciekła z podwórka.
Babcia za nią truchtem drepce,
„Wracaj” - krzyczy... – „A ja nie chcę!”


A tam zaraz blisko
To było lotnisko,
Kurka się tam zapędziła,
Aeroplan zobaczyła,
A że była dobra skoczka,
Wskoczyła tam nasza kwoczka.
Wtedy babcia - hopla! -
Też na aeroplan”.

Grey co prawda nie ma kurki, a gąskę (wyjaśniałam to tutaj http://bit.ly/2kP9uR1), którą sam wsadza do aeroplanu i lecą! W wyzwolenie, skoro wszystko dzieje pod hasłem porzucenia konwenansów? A skąd. Para za mocno nie odstaje od XIX wieku. On poluje, ona stanowi łup. Trzeba ten łup na nowo zdobywać, jeśli się go straci i tak w koło Macieju. Kochankowie wirują w schematach w otoczce typu Francja-elegancja, która jest pretensjonalna, że aż zęby bolą. A reklamodawcy próbują nam wmówić, że mamy przed sobą coś pięknego, odważnego i mrau. Stereotypy ukrywają za atrakcyjną maseczką.

Po tych rewelacjach jeszcze piękniej, odważniej i bardziej mrau wypadł „film właściwy”. Szerokie spodnie, szalony miks wzorów i kolorów, sznury bursztynów. Oto doktor Michalina Wisłocka. Pacjentka przeżywająca rozkosz sama ze sobą przy dźwiękach Kwiatów we włosach. Oto jej gabinet ginekologiczny. Sztuka kochania. Oto poradnik seksualny jej autorstwa, o którego publikację walczy ramię w ramię z innymi kobietami. Pod ich wspólną siłą nawet wszechwładni oficjele partyjni muszą się ugiąć.

Pewnie Wisłocka jest mniej lub bardziej heroizowana. Jednak podoba mi się jej portret jako pasjonatki swojej pracy. Z drugiej strony widz poznaje wzloty  i upadki w jej życiu osobistym. Doświadcza napięcia. Co powiecie na tango dwóch kobiet, do którego dołącza mężczyzna? Na galimatias z dwiema ciążami, z których oficjalnie tworzy się jedna, bliźniacza? Na boskiego kochanka, odkrywającego przed Wisłocką pełnię jej kobiecości. Szkoda tylko, że zajęty…

Tak, mężczyzna i ją prowadzi. Taka jest jej droga. Wisłocka powiela tradycyjne role kobiety i mężczyzny w swojej książce. Odkąd po wizycie w kinie przeczytałam jej analizę w tym artykule http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/olga-wrobel-sztuka-kochania-wislocka/, coś mina mi zrzedła. Moje poglądy mocno różnią się od tych Wisłockiej. Nie zgadzam się m.in. z jej receptą na kobiecą atrakcyjność, szczęście w związku, uwagami na temat prowokowania przez dziewczęta do gwałtu, obrzezania. Jak na dzisiejsze standardy książka Sztuka… okazuje się ramotką. Wydawca zaś lansuje ją jako aktualną. Zgadzam się z autorką artykułu, że gdyby przedstawił całość  w kontekście publikacji przełomowej, ale dla nas już historycznej, sprawa wyglądałaby inaczej.  

Ale to książka. Nadal ujmuje mnie wiara Wisłockiej w sens swoich działań pokazana w filmie. One są dla dobra kobiet, choć tak, jak ginekolożka sama je pojmuje. Istotna jest też oczywiście różnica okoliczności historycznych. Grey jest zaś współczesny i zarazem zachowawczy do bólu. Przy tym film o seksuolożce z PRL-u wydaje się wręcz rewolucyjny.

W porównaniu z innymi „hitami” kinowymi, serwowanymi w okolicach Walentynek, Sztuka… nie jest picem na wodę fotomontażem. Okazuje się wyjątkowo śmiała i  niejednoznaczna. Ba, można pokazać taki film w mainstreamie i ludzie go oglądają. Erotyka adresowana głównie do kobiet nie trąci plastikiem, a mózg nie robi się od niej gąbczasty.

Przejdźmy więc do łóżka i nie tylko, bo w plenerze także sporo się dzieje. Kadry są całkiem zmysłowe, choć ten z błękitną czy tam zieloną laguną trącił kiczem. Czy sceny erotyczne są odważne? Zależy, co kto ma za odważne, ale jak na współczesne polskie kino - owszem. Dla mnie ich siłę stanowią naturalność i swoboda. Głównego amanta odstawia chłop z wąsem, a nie dyżurny piękniś i to też się chwali. Aeroplan mu niepotrzebny. Ma traktor ;) Ponadto umie uszyć ukochanej kieckę z zasłonki. Bardziej przemawia do mnie dzikość i czułość ich relacji niż głodne kawałki ze współczesnych komedii romantycznych, szyte jakby pod jeden wymiar.  Wspomniany chłop nie chce ani kurki, ani gąski. On chce raczej takiego ptaka, który potrafi latać na swoich skrzydłach. To już jest coś.

Główna postać również została odegrana charakternie i z pasją. W ogóle uczucia, które emanują z ekranowych bohaterów, wydają się na wskroś prawdziwe. Dzieci również zagrały dobrze, szczególnie w zestawieniu z pewnym drewienkiem z Powidoków (o których jeszcze napiszę, obiecałam!).

Mam własny sposób pomiaru, czy film jest dobry. Skalą są łzy. Jeśli nie płaczę szału nie ma. Na Sztuce kochania szał był. Chyba najbardziej przejmująca była dla mnie walka o publikację książki i samotność osoby zajmującej się zawodowo miłością. Mówiłam, że jest niejednoznacznie?

W moich powieściach Odcienie czerwieni i Moc granatu staram się udowodnić, że o ciele i zmysłach kobieta może mówić innym językiem niż z Harlequina. Opisuję i seks heteroseksualny, i lesbijski. Wejście w typowe role, podszewkę  pod nimi i zamianę ról. Kiedy mówię, że piszę m. in. o erotyce, nieraz widzę pobłażliwy uśmieszek i słyszę: „Aaaa, coś a’la Grey?”. Muszę przekonywać, że to, co tworzę, jest bardzo oddalone od tej książki. Sądzę, że jest miejsce na różne typy wyobraźni, pojmowania relacji i absolutnie nie będę krzyczeć: „Precz z…”. Po prostu przeszkadza mi utarte przekonanie, że seks w literaturze, w kinie dla wielu równa się wiadomej serii. Cieszę się więc ze Sztuki kochania  na ekranie. Wierzę (może naiwnie), że i tym razem Wisłocka pomoże wyważać drzwi tego, co powszechnie przyjęte.


Jeśli macie ochotę podyskutować na żywo m. in. o sposobach prezentowania erotyki we współczesnej kulturze, zapraszam na spotkanie autorskie ze mną w Domu Literatury w Łodzi, 16 lutego o 19:00 :).

W Krakowie w dzień targowy, czyli Targi Książki

10/30/2016

W Krakowie w dzień targowy, czyli Targi Książki


W sobotę od południa (rozstrzygająca pora w westernach) gościłam w mieście smoka, w sukience ognistej, ale nie przydymionej jego ziewem. Dziś mam dla Was relację spisaną pod czerwonym godłem.

Zaproszenie

Podróż minęła mi na tropieniu surrealizmu w „ciekawostkach” wyświetlanych na pociągowych ekranach.  Co powiecie na taką mieszankę: informacja o tym, że  85 tabliczek czekolady może nas zabić, za nią zdjęcie pt. Roztoczańskie pola (rozłożyste drzewo pośród pasów zieleni), cena biletu do Berlina i komiks o Stefanie, który jedzie jedynie z własnymi myślami w strefie ciszy? Spoglądałam na ekran i siup! absurdem do notesu.

Dygresja. PKP jest naprawdę kreatywne i namuzowywuje, o czym przekonałam się nieraz. A najmocniej, podróżując w rozklekotanych wagonach. Koniec dygresji.

Tymczasem za oknem ostre, ptasie skrzydła przecięły puszystą chmurę. Pasażerka, która usadowiła się za mną, zwierzała się do telefonu zaufania przez prawie całą drogę. Między innymi o tym, że „Taki był… no, mógł powiedzieć arrivederci… ale taki był, ździebko pomiędzy wierszami”. 

Intymna aura rozmowy prowadzonej publicznie. Martin Eder, W domku.  Źródło

„W Już nie ma dzikich plaż występuję nazwa Jasień!
” – perorował żonie tonem odkrywcy elegancik z naprzeciwka. „Kochanie, Jasień, to jest na Wybrzeżu, zobacz”. Nie dosłyszał albo chciał wykręcić numer połowicy, jakże pomysłowy. Tak, specjalnie sprawdziłam tekst. „Patrzę w oczy JESIENI” stoi w nim jak wół.

Czy te oczy jesieni mogą kłamać? Mignęły łany zasuszonej kukurydzy. Uginały się do ziemi trawy, przyżółcone, zbrązowiałe. Krajobrazy z planety, której się nie odratuje. Sama się zbudzi wiosną, nie ma problemu. Przy zbliżaniu się pociągu do miejsca docelowego wzmógł się jednak płacz dzieci. A teraz wszyscy razem! I w ryyyk. 

Po wysiadce wpadłam na Rynek Główny. Zrobiłam fotografie z obowiązkowego repertuaru: Kościołowi Mariackiemu, Sukiennicom i gołębiom. One tradycyjnie rzucały się na bułki turystyczne i turystów. Dzieci uderzały w pisk, żule w rechot, a w tle trwała produkcja baniek mydlanych. Podejmowano próby stworzenia sielanki pośród deszczowych chmur.
 

Jeśli chodzi o zaczarowane dorożki, obecnie powożą nimi zaczarowane dorożkarki w cylindrach i wołają do siebie. Ach, wołają! Nie skorzystałam z ich oferty, no niestety. Z rynku musiałam pomknąć na inne targi. Pomknąć… Na Nową Hutę jako tako dojechać się dało, ale później, w kierunku hali, o matko i córko. Pan kierowca liczy, że napiszę o skandalicznych korkach, których nie dało się odkręcić. Wiwat organizacja ruchu. Razem przeklinaliśmy na czym świat stoi. Dosłownie, bo rzeczywiście świat stanął i ani drgnął, nie chciał ruszyć z miejsca.

W końcu wysiadłam z auta i pobiegłam slalomem, żeby się nie spóźnić. Na koturnach i z rozwianym włosem wymijałam grupkę za grupką. Ochroniarz pomstował, że za krótko mnie sprawdzał, kazał mi zawracać, cuda niewidy. Przez targową halę przewalały się tłumy. Ludzie – obładowane wielbłądy, przejścia między stoiskami – ucho igielne. Panowała i ciasnota, i duchota, czyli jednak czytanie w narodzie nie zginęło. I/lub zwiedzający czyhali na osobistości znane z innych rzeczy niż pisanie, które też piszą. Zaś z pisarzy bardzo znanych minęłam Janusza Leona Wiśniewskiego (info dla jego wielbicielek ;)). Na moje urzędowanie przy seksownym stoliku Super Siódemek na całe szczęście zdążyłam. 



Popełniłam np. dedykację w kolorze chrupiącego jabłka. Powzruszałam się wiele. Dziękuję wszystkim dostarczycielkom i dostarczycielom tych wzruszeń! Dostałam w prezencie do schrupania rogale marcińskie (Siódemki są z Poznania). 

Porozmawiałam z p. Kasią i p. Natalią z Edipresse, ale tutaj w grę wchodzą informacje tajne przez poufne i proszę się nie dopytywać o więcej ;). Ważne, że rozmowy były miłe, owocne, szczególnie, że bohaterem nowej części Odcieni… będzie kolejny owoc. 

I z powrotem! Sam wyjazd z parkingu - znowu dramaty. Rozmyślaliśmy, czy nie zostaniemy tu na zawsze i wieczność mamy załatwioną. Tym razem taksówkarz obiecał mi, że poszuka Odcieni… w Empiku. Choć na psychojazdę powieściową trochę kręcił nosem. Ale nie ma mocnych, przekonały go sceny damsko-damskie. Przy takim tempie poruszania się zdążyłabym mu co nieco poczytać w drodze. Zgodnie ustaliliśmy, że właśnie bierzemy udział w naprawdę emocjonującym pościgu, istna scena z Bonda.
 
Szukałam Bonda z krajobrazem a'la Nowa Huta... Oto efekt ;). Źródło

Brakowało mi Martini, a kierowca złożył samokrytykę, że nie wdział smokingu. „Jaki kraj, taki Bond”, próbował się jednak ociupinkę obronić. Żartowaliśmy sporo, w tym on żartował sobie ze mnie. Chyba wolał granie na nutach bezczelności. Na tę melodię wyśpiewałam mu, że ja się pośmieję, gdy dostanę za 50 lat Nobla. Czego mi życzył.                                                              
W pociągu toczyły się kolejne opowieści różnej treści, pogawędki typu życiówka, kulisy i porady (np. jak przyjmować krytykę – jakże przydatne!) z Mariolą Bojarską-Ferenc, Darią Ładochą  i Mateuszem Gesslerem. Przyjemne z pożytecznym. Nie mam co się martwić, że mi zabraknie materiału do opisywania.

Tego dnia spotkało mnie wiele, wiele życzliwości i odżyłam po zaszyciu się w tekstach.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki za zaproszenie i mnóstwo przeżyć, które się z nim wiązało. Pewnie przydadzą się również do prozy :).

***
Jako dodatek specjalny moja ulubiona piosenka wariacko-podróżnicza:

Kulisy papierowej ciąży

10/18/2016

Kulisy papierowej ciąży


Wiele osób porównuje proces pracy nad książką do ciąży, a moment jej wydania do porodu. Choć nigdy wtedy nie usłyszałam „Przyj, przyj, przyj!” ani „Brawo, widać już główkę”, to coś w tym jest. Dotychczas każdą z moich powieści pisałam przez osiem-dziewięć miesięcy. Nie wiem, czy potrafiłabym dłużej tkwić w psychojazdach i sama nie zwariować. Obecnie kończy się moja trzecia ciąża. Dzieckiem jest kontynuacja Odcieni czerwieni.

Jak mi w tej ciąży (i poprzednich) bywało, dowiecie się z poniższego tekstu.

Ona nie chce być taka sama jak ja[1]

Przed stworzeniem danej historii mam komplet notatek. Czuję się naczyniem, pełnym doświadczonych przeze mnie i innych ludzi sytuacji, uczuć, zapamiętanych słów i snów, scen, obrazów, kadrów, piosenek itp. itd. Nie wiem, kto, co wybiera te elementy w potrzebnych proporcjach – ja czy opowieść? Ofiarowuję je jej często intuicyjnie, dokładam porcję wyobraźni ze sporą górką. Nawet najbardziej błahe wydarzenie, parę zdań podsłuchanych w sklepowej kolejce staje się nagle inspiracją dla fantazji albo brakującym puzzlem. Eureka!

Tym razem pory roku w książce przesuwały się prawie równocześnie z tymi za oknem. Akcja rozpoczyna się chłodnym przedwiośniem, a kończy późną jesienią, gdy w górach leży już śnieg. 

Snując historię, przeżywałam ją w pełni, cieszyłam się albo wyłam po kątach. Nie chciałam mieć wielu wrażeń z zewnątrz, żeby nie odciągały mnie od tych z niej.  Niestety zdarzało mi się wpełzać do skorupki i ledwo wystawiać stamtąd czułki.

Kolaż mojego autorstwa

Kiedy zaczynam wypowiadać się głosem głównej bohaterki, w tym przypadku - Magdy, mam zakodowaną naszą odrębność. Najpierw ona mówi pod moje dyktando. Powoli zbliżam się do niej coraz bardziej. Nasze głosy stapiają się.

Kadr z teledysku https://www.youtube.com/watch?v=uEyyVJD4-9I 

I Magda zaczyna mną rządzić, pochłaniać dla siebie moją energię. Ile jej się podoba, bez oszczędzania, dniami, nocami. Chciwie zabiera wszystko z naczynia.

Pisanie jest grą w ciepło-zimno. Najpierw trwa mocne przeżywanie, a potem redaguję tekst z dystansem. Kiedy rozdział jest gotowy, raz po raz zastanawiam się, czy wszystko w nim gra i trąbi. Wyznaczam sobie deadline, żeby nie poprawiać go w nieskończoność, a tym samym nie przesadzić i niczego nie zepsuć. Trzymam się planu, choćby waliło się i paliło. Bardzo dziękuję mojej Konsultantce, która na bieżąco czytała każdy świeży rozdział i pokrzepiała autorkę :).

Wartki i zwarty tekst sprawia, że cała jestem w skowronkach. Jeśli stawia mi opór, dorównuję chmurze burzowej. Skowronki piorun trzaska. Emocje wypisane i te z procesu pisania pewnie wpływają na siebie.

Mocno jednak wierzę w intuicję podczas tworzenia, poddanie się tym prądom energetycznym.

Najbardziej obawiałam się, czy na pewno starczy mi odwagi. Bez niej nie da się wejść w rytm opowieści, przede wszystkim scen pościelowych. Pragnęłam, żeby one były mocniejsze niż w Odcieniach... Starałam się równocześnie pogłębiać własną odwagę i zmysłowość scen. Chodziło mi o to, żeby kolejne doświadczenia głównej bohaterki wpadały do oka i ucha, podrażniały nos, podsuwały smaki, przyprawiały o gęsią skórkę, dawały przyjemność i odrazę. Sami ocenicie efekty :).

Zachciewajki

Na początku pracy nad kontynuacją nie miałam zachciewajek. Ot, zwyczajowo gromadziłam na biurku kolejne kubki po kawie i herbacie. Taki tam typ zegara biurkowego. Zachciewajki  pojawiły się mniej więcej po trzecim rozdziale. Oczywiście na wszystko, co tłuste, słodkie i niezdrowe. Od czasu do czasu wspierały mnie pizza (ma nieocenione, ociekające serem zasługi), cheeseburger, czekolada, lody. Tłumaczyłam się, że one są „dla prozy” i popijałam tę myśl colą, żeby nie robić następnej kawy i nie chodzić na rzęsach. Raz wielkiej pomocy udzieliło mi cygaro, ale jako nagroda za rozdział czwarty i piąty. 

Pstrykałam i kolażowałam ja

Przy układaniu ostatnich zdań ostatniego rozdziału odpalałam papierosa od papierosa, choć palaczką nie jestem. Alkoholu nie piję przy samym pisaniu, jeśli już - wolę pod koniec dnia :). Najbardziej smakowało mi czerwone wino. Na szczęście takiej ciąży używki nie szkodzą ;).

Zachciewajki spotęgowały się w tym miesiącu. Wpadłam na pomysł, żeby zjeść tort przekładany puszystym kremem truskawkowym. Koniecznie lekko kwaśnym. Przegryzać kawałki ciasta śledziem w śmietanie według najlepszych zwyczajów żywieniowych :).  Zrezygnowałam. Bywa.

Do grającej szafy grosik wrzuć[2]

Muzyka podczas pisania? Jestem na tak. Namuzowywuje, umila czas, dodaje otuchy. Słucham jej w trakcie przepisywania notatek, wymyślania scen, nanoszenia do Worda poprawek dokonanych na wydrukowanym tekście (w takiej formie widzę więcej). Tym razem najczęściej włączałam Sexwitch i dymiłam do tego kadzidłem.


Gdy czuję, że muszę być szczególnie skupiona, wolę ciszę. Tylko słowa mają mi grać w głowie.

Obok muzyki moimi sposobami na podkręcanie kreatywności i relaks są: bieganie,  gadanie (od razu dziękuję tym, którzy chcieli go słuchać :)), wycinanki, fotografowanie i pozowanie do fotografii. Efekty sesji zobaczycie we wpisach Jak Motyl fruwał w tiulach i koronkach, Ucieczka z domu wspomnień i Cygańska jesień.

Kolejny mój kolaż

Jedno ze zdjęć, które zrobiłam


Kostiumy

Jeśli chodzi o strój do pisania, bardzo polubiłam za duży, czarny, powyciągany sweter. W ogóle pod rękę podchodziły mi ubrania oversize. Dawały poczucie bezpieczeństwa. Ale czasami specjalnie siadałam do biurka w sukience i  mocnym makijażu. Np. kiedy bohaterka szła na łowy, musiałam się przygotować. Jak w swetrzysku robić udane łowy?

Zostaw to na trochę. NIE!

W trakcie pracy odpoczywałam, jasne. Nie dotykałam się wtedy do folderu z powieścią. Czasami przez całe dwa dni, ha, ha :). Uważam, że jest czas życia i czas pisania. Trzeba pisać na całego. Kiedy się temu nie poddaję w pełni, nie czuję efektu ani satysfakcji. Nie wiem, czy moje nastawienie się zmieni. Wolę stukać w klawiaturę przez kilka intensywnych miesięcy niż by pisanie wlekło się jak tasiemiec, a mnie zawlekło nie wiadomo gdzie. Kiedy kończę powieść, po prostu przecinam pępowinę z narratorką. Przestaję tyle płakać. Odstawiam zachciewajki, nie potrzebuję ich.

Moje podejście oddają kolejne zeszyty, w których prowadzę z jednej strony dziennik, a z drugiej notatki do tekstów. Jeśli druga połowa zeszytu jest obszerniejsza, przeglądając go po czasie od razu wiem, że w tych miesiącach pracowałam nad książką.

Obecnie biorę się za czytanie całości, co już nie wymaga nerwówy. Przynajmniej mam nadzieję, że mnie zostawiła i nie dopadnie. Czuję się opróżnionym naczyniem i trochę ogarnia mnie melancholia. Nie tak łatwo jest znów wejść w tryb własnego życia i od nowa napełniać naczynie. Szczerze mówiąc, czasami rozwiązuję sobie zagadki typu kim właściwie jestem, do kogo teraz wracam.

Fot. ja

Hip, hip, hurra!

Cała praca nad powieścią daje mi niesłychaną satysfakcję,  gdy tekst wychodzi ode mnie dalej. Lubię poprawianie go z redaktorką (udoskonalanie pod fachowym okiem jest niebem dla perfekcjonistki), propozycje okładki, rozmowy o promocji. Gdy po kilku miesiącach odchylam okładkę, przerzucam kartki, ogarnia mnie wielkie wzruszenie i znów chce mi się płakać, ale ze szczęścia. A kiedy powieść trafia w Wasze ręce, w tyle różnych par rąk i jest odzew, to wtedy dopiero żyć nie umierać! 


Jestem bardzo zadowolona, jeśli tekst działa na Wasze uczucia i powoduje żywą reakcję. Wtedy wiem, że warto było podjąć cały wysiłek, przetrwać huśtawki nastrojów, wszelkie chwile zwątpienia. Trudniejsze momenty z czasu pisania puszczam w niepamięć. Na przykład dziś zupełnie nie pamiętam momentów załamania nad Odcieniami… i KochAną. Emocje po wydaniu zdecydowanie je przyćmiły.



[1] Sylwia Grzeszczak, Tamta dziewczyna, www.tekstowo.pl/piosenka,sylwia_grzeszczak,tamta_dziewczyna.html
[2] Maria Koterbska, Do grającej szafy grosik wrzuć, www.tekstowo.pl/piosenka,maria_koterbska,do_grajacej_szafy_grosik_wrzuc.html

Klejnoty i trucizna. "Kazirodztwo" Anais Nin

5/29/2016

Klejnoty i trucizna. "Kazirodztwo" Anais Nin


Kiedy kilka lat odkryłam dzienniki Anais Nin, zaczytałam się na amen. Zgadzam się z czytelnikami i krytykami, którzy uznają je za dzieło życia pisarki. Mają największą siłę spośród wszystkich jej tekstów. Ujęły mnie w nich odwaga, emocjonalność, pasja w analizowaniu charakterów i zgłębianiu własnego wnętrza. Nin nieraz skarżyła się, że pamiętnik zabiera jej czas i energię na pisanie powieści. Zabierał je nie na darmo!

Kazirodztwo. Z "Dziennika miłości" jest nieocenzurowanym pamiętnikiem pisarki z lat 1932-1934. Styl Nin na pierwszy rzut oka wydaje się prosty, ale jej słowa tętnią życiem, zmysłowością, kolorem, muzyką. Niełatwo jest oddać podobną atmosferę witalności, a ona wylewa się z każdej kartki.
 
Fot. ja

Podczas czytania płynęłam po tekście, po tym burzliwym oceanie miłości i oszustw, harmonii i neuroz. A na wyspie wznosił się ogromny pomnik ojca pisarki: utalentowanego pianisty, który wzbudzał w niej podziw i strach. Porzucił żonę i dzieci, gdy Nin była kilkuletnią dziewczynką. Żeby przeboleć stratę, zaczęła pisać dziennik. Początkowo stanowił on zbiór listów do ojca, za którym tęskniła. Potem pamiętnik stał się jej najbardziej oddanym powiernikiem, zwierciadłem duszy, świadkiem romansów, kłamstw i cierpienia. Nikomu tak nie ufała, nikomu tyle nie wyznała.

Po latach, gdy pisarka była już dorosłą kobietą, docenianą za inteligencję, magnetyzm, urodę, jej ojciec, istny Don Juan, powrócił do niej i próbował ją zdobyć na nowo. Zamężna córka, barwna indywidualistka otoczona wianuszkiem kochanków (ach, te geny), uznała go za ideał. Stwierdziła, ze innych osobach znajdowała zaledwie jego cząstki. Przyznawała jednak, ze jest to „(…) chorobliwa miłość. Zdarza się wówczas, gdy ktoś tak maskuje się przed światem, przemawia tak niezrozumiałym językiem, jest tak straszliwe samotny, że tylko Sobowtór potrafi dotrzeć do jego wnętrza” . Jedynym rywalem godnym ojca okazał się… pamiętnik. Nie powiem, co działo się dalej!

Smakowitym kąskiem jest to, że Nin w dzienniku bez ogródek zdradza zalety i słabości innych artystów, m.in. ukochanego Henry’ego Millera, Antonina Artauda oraz znanych psychoanalityków: René Allendy’ego, Ottona Ranka. Z każdym z nich miała romans. Autorka, która w uwodzeniu nie znała granic, oczarowuje również słowami. Każdy postępek potrafi przekonująco wytłumaczyć. Jest bardzo niejednoznaczna. Pieśń tej syreny zawiera słodycz, gorycz i truciznę.

Czytając Kazirodztwo, na bieżąco zapisywałam cytaty, które najbardziej przyciągały moją uwagę. Oto i one.

„Zawsze jakaś tajemnica, tajemnica, która jest przyczyną powstania dziennika”.

„Pełne zaspokojenie fizyczne oraz duchowa, intelektualna samotność – akceptuję taki układ. Moja dusza jest moją własnością – tutaj, w dzienniku”.

„Wystawiłam twarz do słońca niczym niema roślina, oddychając głęboko i pławiąc się w rozkoszy”.

„Jestem namiętnością, kolorem, zmysłami, winem – i to mnie satysfakcjonuje, nie wypowiedziane (…)”.

 „Jestem neurotyczna, perwersyjna, destrukcyjna, namiętna, niebezpieczna – jestem lawą, łatwopalną, niepowstrzymaną”.

„Wrastałaś do wewnątrz, otaczałaś się coraz twardszym pancerzem ochronnym, stawałaś się coraz wrażliwsza – a to wytwarza trucizny i klejnoty, zakrzepłą, błyszczącą fantasmagorię nerwic” (słowa Henry’ego Millera).

„Mądra Anais przyciąga mądrą miłość. Neurotyczna, nieufna, łaknie miłości nierozsądnej”.

„Stało się dla mnie jasne, że oszukuję nie mężczyzn, lecz życie, które nie daje mi tego, czego od niego wymagam, toteż godzę się na owe oszustwa i podstępy – to z tym życiem mam na pieńku, ponieważ brak mu doskonałości, pełni, rozgrzeszenia”.

„Och, być wolną, być mężczyzną, dopuścić do głosu wyłącznie artystkę! Troszczyć się wyłącznie o sztukę”.

„Rozumiem nawet paradoks, że artysta zawsze opisuje historię dawnej miłości, gdy już przeżywa nową!”.

„(…) moje erotyczne, pikantne, dekadenckie utwory przeczą mojej ogromnej rimbaudowskiej niewinności”.
C i CZUŁOŚĆ

2/17/2016

C i CZUŁOŚĆ


Od dzisiaj - przedpremierowe fragmenty mojej książki Odcienie czerwieni! Będę je publikować według klucza. Każdej literze, która składa się na słowo „CZERWIEŃ” przyporządkuję temat powiązany z tym kolorem i z fabułą, a tematowi część tekstu i ilustrację. Zaczynam od CZUŁOŚCI głównej bohaterki wobec wyzwolonej Lolity. 

„Wpadała do mnie, kiedy tylko obie miałyśmy czas. Po kąpieli wychodziła z łazienki w samym ręczniku, brała do ust papierosa i siadała mi na kolanach. Podawałam jej ogień, a ona opierała stopę na moim ramieniu. Zupełnie jakbym była jej własnością. Oto nimfa pełna blasku! Na jej włosach zawsze tańczą jasne refleksy. Zabiera mnie poza czas, w oceaniczną głębię piękna. Najchętniej wpuściłabym jej rybkę między nogi, oczywiście złotą, żeby trącała ją pyszczkiem. Nie miałam rybki, więc sama dostawałam się w ponętną głębię. Na zewnątrz był wrogi świat, a ja pływałam pośród miłości”.

G. Klimt, Węże wodne I, źródło
"Odcienie czerwieni" już za miesiąc!

2/01/2016

"Odcienie czerwieni" już za miesiąc!


Moja nowa powieść będzie miała premierę 2 marca. 


„Czerwone jest serce, które wybija godzinę miłości, usta zbliżające się do pocałunku, bielizna zdejmowana niecierpliwymi ruchami, rozkosz rozpalająca ciała. Ale też płomień niszczący nawet najmocniejsze uczucie i krew płynąca z ran zadawanych przez innych i przez siebie. Wszystkie te odcienie czerwieni zna główna bohaterka, biseksualna, bezpruderyjna studentka szukająca nocnych przygód. Wzdycha do współczesnych Lolit i przyciąga niebezpiecznych mężczyzn. W retrospekcji szczerze opowiada, jak kształtowały się jej skłonności i charakter. W tle historii rozbłyskują światła wielkich i małych miast, wdzięczą się blogerki modowe, a hipsterzy nie wzbijają się ku gwiazdom, bo okazują się być kurami nielotami” - taki opis pojawi się na odwrocie okładki.

Szykujcie się więc na karuzelę wrażeń. Łańcuchową ;). 

Nadciąga czerwień!

11/24/2015

Nadciąga czerwień!


Moja druga powieść pt. Odcienie czerwieni ukaże się w marcu przyszłego roku nakładem Wydawnictwa Edipresse Książki. Przedstawiam w niej historię młodej, biseksualnej kobiety, która jest wielbicielką nastolatek w typie Lolity i mężczyzn z diabłem za skórą. Niezwykle zmysłowo i emocjonalnie odbiera rzeczywistość. Wciąż potrzebuje intensywnych wrażeń, więc przechodzi od czerwieni namiętności do czerwieni krwi, gdy się okalecza. W retrospekcji szczerze opowiada, jak kształtowały się jej skłonności. Już nie mogę się doczekać, kiedy te słowa przepłyną dalej, do Was.

źródło

Powyższy obraz - Czerwoną tkaczkę Remedios Varo - traktuję bardzo osobiście. Utożsamiam się z kobietą, spod której rąk wychodzi czerwona postać. Dla mnie symbolizuje ona "wydzierganą" książkę i odnosi się do głównej bohaterki.
"KochAna" w Krakowie

5/18/2015

"KochAna" w Krakowie


Po podróży miasto przywitało mnie uśmiechniętymi przewodniczkami.

Fot. Kinga Madeja

Obok mnie Kinga Madeja i Ada Lipiarz z Sekcji Psychodietetyki KNP Pragma, studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego, pasjonatki psychologii, główne organizatorki wydarzenia:


W poniedziałek w muzeach można co najwyżej pocałować klamki, więc wybrałyśmy się na spacer. Zrelaksowałyśmy się przy kawie w „Relaksie”. Każde krzesło jest tam z innej parafii, a na ścianie na parterze wisi kolaż z ilustracji wyciętych z PRL-owskich magazynów. Parę lat temu po mojej wizycie w klubie Kitsch runęły schody. Kinga obawiała się, co się stanie ze schodami w jej ulubionym miejscu, bo wydają się dość niestabilne. 
Gdzie spacerowałyśmy? Zaskoczę Was, bo po rynku i nad Wisłą, ale w Krakowie trzeba tam spacerować, nie ma mowy, żeby tam nie spacerować i ja się z tym zupełnie zgadzam. Pogoda sprzyjała.


Gdy przewodniczki podrzuciły temat marzeń sennych i surrealizmu, już zapanowała psychoatmosfera. Na barce, w towarzystwie pizzy, dyskutowałyśmy m.in. o hipnozie. Tzn. pizza nie raczyła włączyć się w dyskusję. Akcja nie działa się na barce „Basia”, z którą Ada wiąże liczne wspomnienia, a na innej, o dumnej nazwie „Pod Wawelem”. Trajkotałyśmy, słońce grzało w policzki, a we włosach hulał wiatr. Było więc naprawdę romantycznie. Uromantycznione poszłyśmy na Planty. Później dziewczyny odstawiły mnie do hotelu. Umówiłyśmy się po 18:00 i  pojechałyśmy na Wydział Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ. Zbliżał się gwóźdź programu i stresowałam się, że mnie przygwoździ. 

KochAna już czekała.

Fot. Aleksandra Hofman

Publiczność też.

Fot. Aleksandra Hofman

Prowadzące i prelegentka w pełnej gotowości.

Fot. Aleksandra Hofman

Stres się ulotnił, "bo nie ludzie słowa, ale słowa ludzi niosą". Na prelekcji opowiadałam m.in. o paranoicznym odchudzaniu i w jaki sposób sprawianie cierpienia ciału jest powiązane z dogłębnym cierpieniem psychicznym. Nie sądziłam, że tak silnie się wzruszę, ale w pewnym momencie zaczął łamać mi się głos. A połamanego głosu nikt w gips nie wsadza, chociaż istniało ryzyko, że rozwyję się jak syrena pogotowia. Opanowałam niebezpieczeństwo, opanowując się. Opowieść przeplatałam cytatami z książki, w tym z zakończenia. 

Fot. Aleksandra Hofman

Poprosiłam, by ci, którzy nie znają całości, a chcą mieć niespodziankę, zatkali uszy. Teraz proszę, by zamknęli oczy. I już jestem poważna, bo poniższy  fragment jest dla mnie szczególny. Stał się zarodkiem powieści, chociaż wylądował na ostatniej stronie. Odnosi się nie tylko do bohaterki, ale do każdej osoby, która odkrywa swoją dwoistość.

„ – Ano, jesteś ważna (Ana to personifikacja anoreksji, przyp. MM). Pokazałaś mi głębię mojego ja. Odsłoniłaś kurtynę i zajrzałyśmy za kulisy. Chciałam krzyczeć, patrząc na to, co tam zobaczyłam. Wciąż we mnie jesteś. Zawsze byłaś? Odkryłam cię podczas odchudzania. Ujawniłaś się jako Ana, ale czy jesteś TYLKO Aną? Mnie jest z tobą dobrze, chociaż zdarzają się kryzysy, jak w każdym związku. Razem spędzamy święta, weekendy… Każdy dzień od tylu lat. Ciebie znam najlepiej, a ty najlepiej znasz mnie. Wzajemnie się uzupełniamy. Jesteśmy dla siebie bólem i pocieszeniem, zagładą i ratunkiem, bezsensem i nadzieją, bezsennością i snem, systemem i anarchistycznym buntem wymierzonym przeciwko niemu. Jesteśmy nienawiścią i miłością. Nie ufam ci do końca, bo kiedyś mnie zabijesz. Jesteśmy wobec siebie w porządku nawet w tym aspekcie. Wiesz… Nasza miłość jest trudna, ja jestem nieprzewidywalna. Zobaczymy, jak się to wszystko ułoży, Ano. Kto wie, może będziemy świętować twój powrót? Na razie nic nie mogę ci obiecać. Jestem przewrotna? Sama mnie tego nauczyłaś”. 

Fot. Aleksandra Hofman

Fot. Aleksandra Hofman

Prowadzące i uczestnicy zadawali mi interesujące pytania, np. czy nie bałam się przyznać, że temat zaburzeń odżywiania jest związany z moim życiem, czy wejście w takie choroby wiąże się z przełomowym wydarzeniem, czy istnieją typy osobowości szczególnie podatne na anoreksję i bulimię, jak traktować bliskich nimi dotkniętych, czy według mnie terapia zawsze jest odpowiednim rozwiązaniem. Cieszę się, że wyszłam spod klosza do czytelników. Podjęliśmy wiele wątków, które zajmują i ich, i mnie. Nie umiem nazwać tego uczucia inaczej niż "wzajemne poruszenie". Jestem za nie wdzięczna. Prawdą jest, że publiczne mówienie dodaje niesamowitej energii. Później jest się nią naładowanym niczym dopiero co wyprodukowana bateria. 

Po dyskusji dostałam bukiet frezji, one zawsze pachną wiosną.

Fot. Aleksandra Hofman


Następnie pokierowałyśmy się na Kazimierz. Dołączyła do nas Ola, dobrze zapowiadająca się i bardzo sympatyczna fotografka. Razem z tymi, którzy rozsiedli się przed lokalami, oddychałyśmy ciepłym powietrzem jasnej nocy. Próbowałyśmy wyłowić słowa z ogólnego gwaru. W uszy wpadało też pobrzękiwanie gitary. Po 21:00 tylko w niewielu miejscach chcieli nas nakarmić, za to wszędzie chcieli nas napoić. Zza rogatki nadeszła pomoc w postaci nowego przewodnika. Chwiał się, ale niezachwianie przekonywał nas, że jest znawcą kulinariów: 
- Gdzie wy chcecie iść, dziewczyny?! Błagam! Jakbyście zobaczyły ich kuchnię - skrzywił się jak Magda Gessler na widok karalucha - to byście tam nie poszły! Ja widziałem i nie idźcie tam! - panikował dalej, jakby nasze żołądki były jego żołądkiem. - Idźcie TU. Zaufajcie mi, pracowałem po knajpach. 
Wylądowałyśmy w restauracji, której ani nie obrzydzał, ani nie polecał i wcinałyśmy znakomite sałatki. Podejrzewam, że uszy trzęsły mi się jak królikowi. Po ścianie piął się bluszcz. Czekałam, aż wylecą z niego ćmy, ale nic z tego. Jedynie mała muszka potrząsała przezroczystymi skrzydełkami.

Na zakończenie cudownego dnia.

Fot. Kinga Madeja

Drinki wyglądały i smakowały tak samo wspaniale. 

Żeby było trochę sztuki, nie tylko kolory drinków, dzieło ze ściany hotelu. I mój cień gratis.

Fot. MM

Pobyt był na tyle udany, że nawet taksówkarz, który odwoził nas we wtorek rano na dworzec, był przystojny. I dobrze się z nim plotkowało. Miałam trochę czasu do odjazdu, więc tradycyjnie należało wypić kawę. Nie wiem, czemu taką radość sprawia oglądanie własnego imienia na styropianowym kubku....

Fot. Kinga Madeja

Fot. Ada Lipiarz

...ale zaczęłyśmy to rozważać na tyle bujnie, że spóźniłabym się na pociąg. Poza tym w mojej kawie pływał biały łabędź. Taki malutki.

Fot. MM

Jeszcze raz bardzo dziękuję organizatorkom i uczestnikom spotkania za tak wspaniałe przyjęcie, przepływ myśli i emocji. Dziewczyny włożyły całe serca, żeby wszystko się udało i żebym dobrze się czuła. Kraków zawsze miło mi się kojarzył, ale teraz kojarzy mi się jeszcze milej i mogę słodzić, póki starczy cukru.

Fot. MM
Copyright © Marta Motyl