poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Czasem słońce, czasem śnieg. "Podróż do Edo"

Przed obejrzeniem wystawy moją uwagę przyciągnął spot, który ją promował. Przemawiał do wyobraźni, przekazywał i potęgował nastrój prac. 


„A co będzie na miejscu!”, przebierałam nogami, licząc na cuda wianki w aranżacji przestrzeni muzealnej i wykorzystanie technologii. 

Pokazywane w Muzeum Narodowym prace należą  do prywatnego kolekcjonera, Jerzego Leskowicza. W przeciwieństwie do innego pasjonata dzieł sztuki japońskiej, Feliksa Mangghi Jasieńskiego, mało kto o nim słyszał spoza wąskiego kręgu wtajemniczonych. Jaki zbiór ujawnił i użyczył szerokiej publiczności? Wydarzenie rosło w moich oczach i pączkowało wraz z ciekawością. Nie mogłam tej wystawy przegapić, pojechałam więc na nią się pogapić.


Niedobrze jest na wejściu oczekiwać Bóg wie czego. Niedobrze.


Prace pogrupowano w najprostszy, najgrzeczniejszy z możliwych sposobów. Lubię tematyczne gry i zabawy, a tu na prowadzenie wyszły geografia i chronologia. Wystawa ma przypominać podróż przez kolejne regiony Japonii, prezentowane na grafikach w kolejnych salach. Równocześnie prace uporządkowane są według cykli. Krok za krokiem odbiorca przesuwa się również w czasie, od XVIII do XIX wieku. Posłusznie, wszak posłuszeństwo jest cenione w tamtejszym społeczeństwie i nie tylko w nim, przemierzałam góry, lądy, morza. Wszystko, co tylko da się przemierzyć

U. Hiroshige, Stacja Tsumago

U. Hiroshige, Most Suidobashi i Dolina Surugadai

U. Hiroshige, Rzeki na drodze Tōkaidō: widok rzeki Ōi

Zawijałam do portów i miast, przyglądając się mrówczej krzątaninie w scenach rodzajowych. Kołowrotowi codzienności i hucznemu świętowaniu. 

K. Hokusai, Fujimigahara w prowincji Owari

U. Hiroshige, Sintoistyczne święto w chramie Atsuta


Scenom w słońcu, 
zmierzchu, deszczu, śniegu. Wiele z nich przywodziło mi na myśl pejzaże romantyczne, z właściwym im podkreślaniem kruchości człowieka wobec sił natury. 

K. Elsen, Nojiri, widok mostu nad rzeką Ina

K. Hokusai, Ejiri w prowincji Suruga

Walory edukacyjne ekspozycji doceniłam w pełni. Stała się świetną okazją do poznania japońskich krajobrazów i zwyczajów widzianych okiem artystów. A jeśli przy nich jesteśmy, pozwólcie na dygresję. Otóż w XIX w., po wyjściu Japonii z samoizolacji, kompozycją drzeworytów czy sposobem kładzenia na nich plam koloru inspirowali się impresjoniści i postimpresjoniści. Wśród nich modne było kolekcjonowanie nie tylko ukiyo-e, ale i przedmiotów rodem z Japonii. Koniec dygresji :) 

C. Monet, Pani Monet w stroju japońskim, źródło

Zwiedzając, przyzwyczaiłam się do formuły grafik. Dało się zauważyć co i rusz powielane elementy, schematy kompozycyjne i barwne. Przeważały drzeworyty w podobnych formatach. W większości zaprezentowano je w identycznych, drewnianych ramach. Często w jednym rzędzie, w równych odstępach, co na dłuższą metę sprawiało niestety wrażenie monotonii. 


Przestrzeń, w której wis dzieła, ma zapewne oddać ducha japońskiej kultury. Jednak nie przystaje do idei tytułowej podróży. Ona bądź co bądź wymaga wyjścia z domu. Wraz z innymi zwiedzającymi przebywałam zaś we wnętrzach stylizowanych na japońskie mieszkanie. Dominowały biel i ciemny brąz drewna. 


Drzeworyty w większych formatach lub specjalnie powiększone na potrzeby wystawy umiejscowiono na ściankach działowych, ozdobionych charakterystycznymi kratownicami. Wraz nielicznymi gablotami ożywiają one ekspozycję. Stanowią nawiązanie  do ruchomych ekranów w japońskim domu, które służą do podziału przestrzeni, także jako przesuwane drzwi. Kiedy pracowałam nad tekstem, internet podpowiedział mi, że ekrany te nazywają się shōji. Dzielą się na kilka typów. Tym z wystawy najbliżej jest do tsuitate, czyli do wolno stojących ścian działowych właśnie. Jeśli w Podróży do Edo chodzi o podróż odbywaną w domu palcem o mapie, wówczas zwracam honor. 

Lubię dynamiczne budowanie przestrzeni, w której prezentowane są dzieła. Nie mówię, że niespodzianka ma czyhać za każdym muzealnym rogiem. Jednak zwykle wypatruję smaczków w architekturze ekspozycji. Jestem ciekawa multimedialnych rozwiązań. Uwierzyłam, że nowocześnie zorganizowana wystawa, ba! wystawa na poziomie,  powinna grać i trąbić, a widz ma po niej pląsać. Być zaangażowany w odbiór prac różnymi zmysłami i sposobami. Przyzwyczaiłam się do tych zabiegów, więc i tym razem na nie liczyłam.

W trakcie Podróży do Edo osłupiałam na widok prostoty. Warszawskie Muzeum Narodowe dotąd kojarzyło mi się zaznaczaniem fragmentów ekspozycji odmiennymi kolorami ścian. A tu? Neutralność, wręcz asceza. Jednak w nich w pełni rozkwitały kolory grafik. Takie postępowanie jest więc uzasadnione. Doszłam do wniosku, że podkreśla ono również różnicę między sztuką, w ogóle kulturą zachodnią a tradycyjną kulturą japońską. W pierwszej na piedestale stawia się głośną wyjątkowość. Druga łączy cichą pokorę z wrażliwością. Podczas oglądania prac w uszach miałam delikatne dźwięki muzyki. One też miały za zadanie podkreślać ich charakter.

Z drugiej stronyzauważyłam następną niekonsekwencję. Oddanie właściwego Krajowi Kwitnącej Wiśni upodobania do minimalizmu i przejrzystości nie licowało z nagromadzeniem, nad-gromadzeniem dzieł, które od początku mi przeszkadzało. 

Postanowiłam więc łowić pośród nich własne perełki. Poszukiwałam w ukiyo-e poetyckiego i absurdalnego wymiaru. 

Dwie kompozycje szczególnie mnie urzekły i zdumiały.  Pierwszej blisko jest do - stosując zachodnią terminologię - abstrakcji, drugiej do surrealizmu. Poza tym spodobały mi się ich tytuły. 

Y. Gakutei, Sierp księżyca, wstęga shide i paproć

U. Toyohiro, Homar jako statek skarbów takarabune

Niestrudzenie szukałam jednak kolejnych wrażeń. „Gdzie są gejsze? Nie ma gejsz?”. W końcu się znalazły, na sali razem z innymi portretami kobiet i aktorów przebranych za kobiety. Wizerunków nie było co niemiara tak jak krajobrazów. Poza tym przydałyby się elementy strojów w gablotach. 

K. Utamaro, Kobiety nocą w zajeździe


K. Utamaro, Yamauba trzymająca kasztany i Kintaro

Dalej kręciłam nosem, ponieważ nigdzie nie uświadczyłam grafik erotycznych (shunga). Nie chodzi tylko o to, że od dawna chciałam je zobaczyć na żywo, a ponadto liczyłam na inspirację do prozy ;) Były one bardzo popularnymi ukiyo-e, bez nich kolekcja wydawała mi się niepełna.

Według mnie najciekawszym elementem wystawy jest pomieszczenie, w którym pomysłowo przedstawiono, jak powstają ukiyo-e. Na jednej ze ścian to samo dzieło, powielone w wielu kopiach, stopniowo nabierało kolorów. 



Na innych wyświetlana była animacja oddająca cały proces i film z artystą przy pracy. W gablotach rozłożono pokolorowane w różnych miejscach drewniane płyty, z których wykonywano odbitki, wraz tymi odbitkami i same barwniki. 



Nie dało się obojętnie ominąć jakże egzotycznego stroju z epoki. 


Wszystkie te atrakcje zaktywizowały mnie po usypiającej podróży. Być może po wyjściu z ciemniejszych pomieszczeń, pobudziła mnie także jasność tego. Tak czy inaczej, poczułam się usatysfakcjonowana wymownością tej części ekspozycji. Bawiła i uczyła, a jakże. 

Wystawę polecam nade wszystko tym, którym nie przeszkodzi nadmiar prac, bo kochają ukiyo-e do utraty tchu, tym, którym bliżej jest do stanu zen niż mnie i tym,  którzy pragną się wyciszyć.

Być może moje podsycone oczekiwania okazały się tej miary, że w pełni zaspokoiłby je tylko wodospad na środku jednego z pomieszczeń. Ewentualnie most przerzucony nad oczkiem wodnym w holu. 

A już na poważnie, mimo wszelkich uwag powyżej cieszę się, że miałam okazję zobaczyć te grafiki. Dzielenie się swoimi nabytkami z muzeum jest wspaniałym etapem w karierze każdego kolekcjonera. Szczytem, kolekcjonerskim Fudżi. Po cichu liczę na podobne inicjatywy, oczywiście w interesujących i inspirujących aranżacjach ;) 

Wszystkie fotografie ilustrujące tekst są mojego autorstwa. 

P.S. Zapraszam do zapoznania się z innym wpisem dotyczącym warszawskiego muzeum - Pastelowe Narodowe. Kto ma ochotę obejrzeć drzeworyty w rosyjskim wydaniu, temu służę wpisem Łubok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Text © copyright by Marta Motyl. Obsługiwane przez usługę Blogger.