Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty
"Sztuka podglądania" - zapowiedź

10/29/2020

"Sztuka podglądania" - zapowiedź


Ostatnimi czasy żyjemy niespodziankami różnej maści. Z tym większą przyjemnością odpakuję Wam niespodziankę z rodzaju miłych. Otóż 16 listopada będzie miała premierę moja Sztuka podglądania, która ukaże się w Wydawnictwie Lira. 


Grafika: Wydawnictwo Lira, fotografia: Maciej Zienkiewicz, make up: Aga Bora

Do sypialni zabiorą nas m.in. Rembrandt, Gauguin, Schiele, Klimt, Łempicka. Kto z Was nie może doczekać się premiery razem ze mną?

Książkę możecie zamawiać w przedsprzedaży internetowej, np. tutaj: https://bit.ly/31VdgwN, co wiąże się promocyjną ceną i otrzymaniem egzemplarza 16 listopada bądź w bliskich okolicach tego dnia.

Opis wydawniczy:

„Daj się ponieść zmysłowemu rytmowi sztuki! Sięgnij po śmiałe i wnikliwe eseje Marty Motyl o erotyce w malarstwie i grafice!

Czytelnik zostaje obsadzony w kontrowersyjnej roli podglądacza scen miłosnych. Każdy z rozdziałów poświęcony jest jednemu dziełu, a jego analizę wzbogaca przedstawienie sylwetki artysty na pruderyjnym bądź rozpustnym tle czasów, w których tworzył.

Podglądanie niejedno ma imię, perwersja i piękno także. Tę różnorodność możesz poznać dzięki obrazom i grafikom, które zostały głównymi bohaterami książki”.

„Sztukę podglądania polecam nie tylko podglądaczom. Także i tym, którzy czegoś więcej chcą dowiedzieć się o twórcach i ich dziełach, które nasi przodkowie uznawali za obrazy wszeteczne, czyli ad libidinem pobudzające". Prof. dr hab. Jakub Pokora

„Autorka zmienia nas w widzów, odsłaniając spektakl utkany z fantazji, kształtów, linii, faktur i barw. Uczy obserwacji, poszerza naszą wyobraźnię i pozwala nam choć przez chwilę żyć życiem innych ludzi". Karolina Matyjaszkowicz, artystka

Piąta i pierwsza naraz

9/13/2020

Piąta i pierwsza naraz


Fot. Maciej Zienkiewicz


Późną jesienią tego roku ukaże się moja piąta z kolei książka, którą jako pierwszą w dorobku poświęcam tylko i wyłącznie sztuce. Jednocześnie pozostaje zgodna ze zmysłową linią dotychczasowych pozycji. Nosi tytuł Sztuka podglądania i zawiera eseje o pięknych, perwersyjnych i kontrowersyjnych obrazach ukazujących sceny łóżkowe (w tym z podglądaczami) oraz o ich autorach. Przyniesie Wam więc nader przyjemne informacje. Obiecuję, że w żadnym razie nie przyprawią Was o senność. Wręcz przeciwnie, starałam się, żeby lektura spowodowała niejeden błysk w oku! O dostarczenie jej do Waszych rąk w świetnej formie zadba Wydawnictwo Lira. Tytuły obrazów, nazwiska autorów (gwiazd świata sztuki) i nietypowy klucz doboru dzieł odsłonię karta po karcie bliżej daty wydania.


"Wielka Bogini" - zaproszenie

4/25/2018

"Wielka Bogini" - zaproszenie


Co powiecie na sobotę w Łowiczu? Serdecznie zapraszam do udziału w wernisażu wystawy Wielka Bogini, który odbędzie się 28.04. o godzinie 16:00, w siedzibie tamtejszego muzeum przy ulicy Stary Rynek 5/7.  Zamiast podczytywać poradniki o potędze kobiecości, można przekonać się o niej na własne oczy ;). A wszystko to dzięki obrazom. 

"Natalia Anna Kalisz, Roksana Kularska-Król, Karolina Matyjaszkowicz. Każda z tych artystek ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi i idzie własną drogą twórczą, ze świadomością przekazu, jaki niesie. Każda wielokrotnie eksponowała dorobek artystyczny. U każdej centralnym motywem twórczości jest kobieta. Na wystawie Wielka Bogini wszystkie artystki zestawiają swoją wiedzę i wyobrażenia związane z kobiecą naturą" - fragment tekstu, który napisałam do ekspozycji. Ciąg dalszy i krótkie omówienie inspiracji każdej z twórczyń przeczytacie w opisie wydarzenia KLIK. Wernisaż jest jedyną w swoim rodzaju okazją, żeby obejrzeć dzieła wspólnie z autorkami, porozmawiać o nich, podzielić się opiniami czy zadać pytania. 
Czasem słońce, czasem śnieg. "Podróż do Edo"

4/10/2017

Czasem słońce, czasem śnieg. "Podróż do Edo"


Przed obejrzeniem wystawy moją uwagę przyciągnął spot, który ją promował. Przemawiał do wyobraźni, przekazywał i potęgował nastrój prac. 


„A co będzie na miejscu!”, przebierałam nogami, licząc na cuda wianki w aranżacji przestrzeni muzealnej i wykorzystanie technologii. 

Pokazywane w Muzeum Narodowym prace należą  do prywatnego kolekcjonera, Jerzego Leskowicza. W przeciwieństwie do innego pasjonata dzieł sztuki japońskiej, Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego, mało kto o nim słyszał spoza wąskiego kręgu wtajemniczonych. Jaki zbiór ujawnił i użyczył szerokiej publiczności? Wydarzenie rosło w moich oczach i pączkowało wraz z ciekawością. Nie mogłam tej wystawy przegapić, pojechałam więc na nią się pogapić.


Niedobrze jest na wejściu oczekiwać Bóg wie czego. Niedobrze.


Prace pogrupowano w najprostszy, najgrzeczniejszy z możliwych sposobów. Lubię tematyczne gry i zabawy, a tu na prowadzenie wyszły geografia i chronologia. Wystawa ma przypominać podróż przez kolejne regiony Japonii, prezentowane na grafikach w kolejnych salach. Równocześnie prace uporządkowane są według cykli. Krok za krokiem odbiorca przesuwa się również w czasie, od XVIII do XIX wieku. Posłusznie, wszak posłuszeństwo jest cenione w tamtejszym społeczeństwie i nie tylko w nim, przemierzałam góry, lądy, morza. Wszystko, co tylko da się przemierzyć. 

U. Hiroshige, Stacja Tsumago

U. Hiroshige, Most Suidobashi i Dolina Surugadai

U. Hiroshige, Rzeki na drodze Tōkaidō: widok rzeki Ōi

Zawijałam do portów i miast, przyglądając się mrówczej krzątaninie w scenach rodzajowych. Kołowrotowi codzienności i hucznemu świętowaniu. 

K. Hokusai, Fujimigahara w prowincji Owari

U. Hiroshige, Sintoistyczne święto w chramie Atsuta

Scenom w słońcu, 
zmierzchu, deszczu, śniegu. Wiele z nich przywodziło mi na myśl pejzaże romantyczne, z właściwym im podkreślaniem kruchości człowieka wobec sił natury. 

K. Elsen, Nojiri, widok mostu nad rzeką Ina

K. Hokusai, Ejiri w prowincji Suruga

Walory edukacyjne ekspozycji doceniłam w pełni. Stała się świetną okazją do poznania japońskich krajobrazów i zwyczajów widzianych okiem artystów. A jeśli przy nich jesteśmy, pozwólcie na dygresję. Otóż w XIX w., po wyjściu Japonii z samoizolacji, kompozycją drzeworytów czy sposobem kładzenia na nich plam koloru inspirowali się impresjoniści i postimpresjoniści. Wśród nich modne było kolekcjonowanie nie tylko ukiyo-e, ale i przedmiotów rodem z Japonii. Koniec dygresji :) 

C. Monet, Pani Monet w stroju japońskim, źródło

Zwiedzając, przyzwyczaiłam się do formuły grafik. Dało się zauważyć co i rusz powielane elementy, schematy kompozycyjne i barwne. Przeważały drzeworyty w podobnych formatach. W większości zaprezentowano je w identycznych, drewnianych ramach. Często w jednym rzędzie, w równych odstępach, co na dłuższą metę sprawiało niestety wrażenie monotonii. 


Przestrzeń, w której wiszą dzieła, ma zapewne oddać ducha japońskiej kultury. Jednak nie przystaje do idei tytułowej podróży. Ona bądź co bądź wymaga wyjścia z domu. Wraz z innymi zwiedzającymi przebywałam zaś we wnętrzach stylizowanych na japońskie mieszkanie. Dominowały biel i ciemny brąz drewna. 


Drzeworyty w większych formatach lub specjalnie powiększone na potrzeby wystawy umiejscowiono na ściankach działowych, ozdobionych charakterystycznymi kratownicami. Wraz z nielicznymi gablotami ożywiają one ekspozycję. Stanowią nawiązanie  do ruchomych ekranów w japońskim domu, które służą do podziału przestrzeni, także jako przesuwane drzwi. Kiedy pracowałam nad tekstem, internet podpowiedział mi, że ekrany te nazywają się shōji. Dzielą się na kilka typów. Tym z wystawy najbliżej jest do tsuitate, czyli do wolno stojących ścian działowych właśnie. Jeśli w Podróży do Edo chodzi o podróż odbywaną w domu palcem o mapie, wówczas zwracam honor. 

Lubię dynamiczne budowanie przestrzeni, w której prezentowane są dzieła. Nie mówię, że niespodzianka ma czyhać za każdym muzealnym rogiem. Jednak zwykle wypatruję smaczków w architekturze ekspozycji. Jestem ciekawa multimedialnych rozwiązań. Uwierzyłam, że nowocześnie zorganizowana wystawa, ba! wystawa na poziomie,  powinna grać i trąbić, a widz ma po niej pląsać. Być zaangażowany w odbiór prac różnymi zmysłami i sposobami. Przyzwyczaiłam się do tych zabiegów, więc i tym razem na nie liczyłam.

W trakcie Podróży do Edo osłupiałam na widok prostoty. Warszawskie Muzeum Narodowe dotąd kojarzyło mi się z zaznaczaniem fragmentów ekspozycji odmiennymi kolorami ścian. A tu? Neutralność, wręcz asceza. Jednak w nich w pełni rozkwitały kolory grafik. Takie postępowanie jest więc uzasadnione. Doszłam do wniosku, że podkreśla ono również różnicę między sztuką, w ogóle kulturą zachodnią a tradycyjną kulturą japońską. W pierwszej na piedestale stawia się głośną wyjątkowość. Druga łączy cichą pokorę z wrażliwością. Podczas oglądania prac w uszach miałam delikatne dźwięki muzyki. One też miały za zadanie podkreślać ich charakter.

Z drugiej strony, zauważyłam następną niekonsekwencję. Oddanie właściwego Krajowi Kwitnącej Wiśni upodobania do minimalizmu i przejrzystości nie licowało z nagromadzeniem, nad-gromadzeniem dzieł, które od początku mi przeszkadzało. 

Postanowiłam więc łowić pośród nich własne perełki. Poszukiwałam w ukiyo-e poetyckiego i absurdalnego wymiaru. 

Dwie kompozycje szczególnie mnie urzekły i zdumiały.  Pierwszej blisko jest do - stosując zachodnią terminologię - abstrakcji, drugiej do surrealizmu. Poza tym spodobały mi się ich tytuły. 

Y. Gakutei, Sierp księżyca, wstęga shide i paproć

U. Toyohiro, Homar jako statek skarbów takarabune

Niestrudzenie szukałam jednak kolejnych wrażeń. „Gdzie są gejsze? Nie ma gejsz?”. W końcu się znalazły, na sali razem z innymi portretami kobiet i aktorów przebranych za kobiety. Wizerunków nie było co niemiara tak jak krajobrazów. Poza tym przydałyby się elementy strojów w gablotach. 

K. Utamaro, Kobiety nocą w zajeździe

K. Utamaro, Yamauba trzymająca kasztany i Kintaro

Dalej kręciłam nosem, ponieważ nigdzie nie uświadczyłam grafik erotycznych (shunga). Nie chodzi tylko o to, że od dawna chciałam je zobaczyć na żywo, a ponadto liczyłam na inspirację do prozy ;) Były one bardzo popularnymi ukiyo-e, bez nich kolekcja wydawała mi się niepełna.

Według mnie najciekawszym elementem wystawy jest pomieszczenie, w którym pomysłowo przedstawiono, jak powstają ukiyo-e. Na jednej ze ścian to samo dzieło, powielone w wielu kopiach, stopniowo nabierało kolorów. 


Na innych wyświetlana była animacja oddająca cały proces i film z artystą przy pracy. W gablotach rozłożono pokolorowane w różnych miejscach drewniane płyty, z których wykonywano odbitki, wraz z tymi odbitkami i same barwniki. 


Nie dało się obojętnie ominąć jakże egzotycznego stroju z epoki. 


Wszystkie te atrakcje zaktywizowały mnie po usypiającej podróży. Być może po wyjściu z ciemniejszych pomieszczeń, pobudziła mnie także jasność tego. Tak czy inaczej, poczułam się usatysfakcjonowana wymownością tej części ekspozycji. Bawiła i uczyła, a jakże. 

Wystawę polecam nade wszystko tym, którym nie przeszkodzi nadmiar prac, bo kochają ukiyo-e do utraty tchu, tym, którym bliżej jest do stanu zen niż mnie i tym,  którzy pragną się wyciszyć.

Być może moje podsycone oczekiwania okazały się tej miary, że w pełni zaspokoiłby je tylko wodospad na środku jednego z pomieszczeń. Ewentualnie most przerzucony nad oczkiem wodnym w holu. 

A już na poważnie, mimo wszelkich uwag powyżej cieszę się, że miałam okazję zobaczyć te grafiki. Dzielenie się swoimi nabytkami z muzeum jest wspaniałym etapem w karierze każdego kolekcjonera. Szczytem, kolekcjonerskim Fudżi. Po cichu liczę na podobne inicjatywy, oczywiście w interesujących i inspirujących aranżacjach ;) 

Wszystkie fotografie ilustrujące tekst są mojego autorstwa. 

P.S. Zapraszam do zapoznania się z innym wpisem dotyczącym warszawskiego muzeum - Pastelowe Narodowe. Kto ma ochotę obejrzeć drzeworyty w rosyjskim wydaniu, temu służę wpisem Łubok. 
"Moc granatu" w obrazkach

3/23/2017

"Moc granatu" w obrazkach


Przed Wami wiosenna niespodzianka! Ilustracje autorstwa Aleksandry Marczyk, studentki Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. W swoim dorobku ma ona nie tylko obrazy i rysunki. Stworzyła pomysłowe i nastrojowe projekty plakatów, materiałów towarzyszących płytom, opakowań – za te zgarnęła nagrody. Wyczucie stylu pielęgnowała również jako modelka. Brała udział m.in. w pokazach Alexandra McQueena, Diora, Givenchy.

Tyle o dotychczasowej karierze autorki, a teraz czas na same prace. Zmysłowość i namiętność z mojej powieści artystka zdecydowała się ukazać w czterech ujęciach.








Inspirowała się charakterem opisanej historii i wybranymi scenami z niej. Ustaliłyśmy, że najlepiej będzie, jeśli ilustracje kolorystycznie zgrają się z oprawą graficzną książki. 

http://bit.ly/2jwftq7

Wyraziste kontury, kontrast między bielą a czernią dają tym pracom siłę, a rozmycie smug koloru liryzm. A ja bardzo cenię odważne zabiegi zarówno w prozie, jak i w plastyce. Dzieła odznaczają się przemyślaną kompozycją i swoistym rytmem, zaznaczonym nie tylko w tangu bohaterów. Ten obraz należy jednak do moich ulubionych z całej serii. Pierwsze miejsce zajmuje ex aequo z pracą przedstawiającą odgiętą do tyłu głowę i odsłonięty, naprężony brzuch. A Wam która z nich podoba się najbardziej?


Bardzo dziękuję Oli za inicjatywę, zaangażowanie i piękne wykonanie!
Grunt to bunt

1/03/2017

Grunt to bunt


Wystawa Notatki z podziemia. Sztuka i muzyka alternatywna w Europie Wschodniej 1968-1994 w łódzkim Muzeum Sztuki ukazuje dzieła, które stały się wyrazem i narzędziem oporu wobec rzeczywistości, władzy, grup społecznych. Domagają się obejrzenia, wysłuchania, kuszą, by ich dotknąć, a niektóre działają na wiele zmysłów naraz. 


Ekspozycja została podzielona na trzy części: Nowych nowoczesnych, Nowych prymitywnych i Scenę leningradzką.

Artyści z pierwszej szufladki inspirowali się dokonaniami awangardy - futurystów, konstruktywistów, dadaistów. 



Frank Bretschneider, Aelita w kosmosie

Frank Bretschneider, Potwór idzie po zamarzniętym jeziorze

Nowi prymitywni przyjęli rolę szamanów. Wykorzystywali na koncertach moc rytuałów, masek, totemów ze zwierzęcych kości i skór. 




Przedstawicielami sceny leningradzkiej byli współpracujący ze sobą plastycy i muzycy, którzy przeciwstawiali radzieckiej szarzyźnie psychodeliczne kolory, energię, młodość i humor.


Jewgienij Kozłow, Rekin

Jewgienij Kozłow, Kino

Kadr z teledysku do piosenki Popioły zespołu Akwarium

Ekspozycja opowiada również o walce o własne tworzenie wbrew przeciwnościom zewnętrznym. Artyści aranżowali przestrzenie szaleństwa, które zapełniali swoim sumptem, często skromnymi środkami. Plakaty, okładki kaset i ziny miały szorstki, punkowy sznyt. 



Koncertowe scenografie i kostiumy ukazywały upodobanie do teatralności, ale nadawały się do gry w teatrze absurdu. Odniosłam wrażenie, że dla tych artystów liczył się sam proces tworzenia, który wykazywał działanie wyzwalające w każdych warunkach. Nie tracili wiary w wywrotowy sens swojego postępowania.

Wczoraj wspominałam o wystawie, która gra i trąbi. Z tą rzecz ma się podobnie. Jej istotną część stanowią wideo arty i filmy. Często obchodzę je bokiem, bardziej zorientowana na malarstwo, grafikę, fotografię. Tym razem trochę pokiwałam się ze słuchawkami, potańczyłam ;) 

Wiele muzeów i galerii oddziela poszczególne fragmenty wystaw innymi kolorami ścian. Muzeum Sztuki również. Takie działanie dobrze wpływa na czytelność całości. Płynnie przechodzimy od jednego jej „rozdziału” do kolejnego. Kiedy wybieram się do łódzkiego muzeum, czekam na smaczki w aranżacji przestrzeni. Nie rozczarowałam się i posmakowałam ich. Widać je na zdjęciach. Dla mnie architektura wystawy godna scenografii teatralnej jest świetną architekturą. 

Pokazane obiekty, udostępniona muzyka, klipy tchną szczerością i bezinteresownością sztuki, o którą wcale nie jest łatwo.  Niektóre na tyle mnie oczarowały, że zaczęłam się zasłuchiwać  w zespole Kino.  

Stąd była już prosta droga do książki Konstantego Usenki Oczami radzieckiej zabawki poświęconej niepokornym muzykom radzieckim i rosyjskim. 


Dziennikarz radiowej Trójki, Michał Owczarek, stwierdził, że jest to „Pionierska książka o podziemnym świecie, przeklętym czasie i nieugłaskanych artystach, o których nie chcieliśmy chyba nic wiedzieć, bo to działo się przecież u <<kacapów>>. Na szczęście rockandrollowy archeolog Konstanty Usenko swoją misję wypełnienia kolejnych białych plam w naszych mózgach wykonał lepiej niż Indiana Jones”. 

Zupełnie zgadzam się z tą opinią. Autor wybrał znakomity temat, którego nikt wcześniej w Polsce nie poruszał. Podszedł do niego zarówno ze świetnym zestawem materiałów, jak i z zaangażowaniem. Napisał o nim błyskotliwie, ze swobodą, swadą i odczuwalną przyjemnością, która przechodzi na czytelnika. Dzięki temu nie trzeba być fanem rocka, by np. wciągnąć się w wir punkowego życia na osiedlu Kupczino. Więcej wrażeń z lektury  zamieściłam tutaj: KLIK

Autor Oczami radzieckiej zabawki będzie obecny w Muzeum Sztuki 12 stycznia, na spotkaniu z innymi kolekcjonerami muzyki z lat 1968-1994: Wiktorem Skokiem i Alexandrem Pehlemannem. Poprowadzi je kurator wystawy, Daniel Muzyczuk. Szczegóły: www.facebook.com/events/684196821759448.
"Drgania". Grafiki Piotra Skowrona

7/01/2016

"Drgania". Grafiki Piotra Skowrona


„W rzeczywistości żadne <<ja>>, nawet najbardziej naiwne, nie jest jednością, lecz bardzo zróżnicowanym światem, małym gwiaździstym niebem, chaosem form, stopni i stanów, dziedzinach obciążeń i możliwości”[1] – pisał Herman Hesse w Wilku stepowym. W swoich grafikach Piotr Skowron udowadnia, że zachodzące w „ja” procesy da się świetnie oddać abstrakcyjnymi formami plastycznymi. Artysta przekłada język emocji na język linii i kształtów, rytmów i kontrastów. Zarzuca na płaszczyznę sieci krzyżujących się kresek, przypominających sieci neuronów przewodzących impulsy nerwowe. Kładzie na nich płaskie, wypełnione farbą czworoboki, w których zdaje się kumulować psychiczne napięcie. Ono rozchmurza się i rozchodzi po liniach, rozpryskując się w przestrzeni prac.

P. Skowron, 5213, 2015 r., fot. T. Łaptaszyński

Ich dodatkowy element ekspresyjny stanowi kolor. Przez długi czas łódzki twórca wykorzystywał głównie potencjał czerni, bieli i szarości. W dziełach eksponowanych na wystawie ukazuje również np. właściwości mocnej czerwieni i różnych odcieni niebieskiego.


P. Skowron, 6481, 2016 r., fragment, fot. D. Sadowska

Ognisty odcień kojarzy się zarówno z siłą tworzenia, jak i destrukcji. Z kolei błękity i granaty odsyłają do spokoju, harmonii, odpoczynku. W jednej pracy dominuje zwykle jedna intensywna barwa. Synteza linearyzmu i malarskości w grafikach Skowrona jest atrakcyjna wizualnie. 

P. Skowron, 7901, 2016 r., fragment, fot. D. Sadowska

Istnieje ryzyko, że w zestawieniu z pajęczynową lekkością linii czworoboki mogą wydawać się zbyt masywne. Takie wrażenie twórca łagodzi lekkim rozmywaniem ich krawędzi i powierzchni. Mimo to zawsze pozostają one najwyraźniejszymi akcentami kompozycji. 

P. Skowron, 2113,  2014 r., fot. T. Łaptaszyński

Wykazują odmienne oddziaływanie w zależności od tego, w jakiej jej części się znajdują. Spojrzenie zatrzymuje się na nich, by za chwilę prześlizgnąć się po ścieżkach wyznaczonych przez linie lub pomiędzy nimi. One rozprowadzają moc przewodnich elementów dalej. Artysta planuje rozmieszczenie kresek w taki sposób, by po wydrukowaniu pracy uzyskać odpowiednio gęstą sieć. Składają się na nią głównie linie cienkie i średniej grubości. Czasami rozbłyskują srebrem lub złotem.  

Kiedy dłużej jej się przyjrzeć, powierzchnia prac porusza się i pulsuje, zbliża się i oddala. Linie przecinające się pod ostrymi kątami można pojmować jako walczące ze sobą siły. Ich walka jest jednak konstruktywna, ponieważ służy budowaniu  kolejnych, niezliczonych figur. Linie przypominają nici przędące tkaninę. W dziełach nie brakuje dwuznaczności. Łączą one przemyślaną konstrukcję i wpływ przypadku, siłę i delikatność,  rygor i zamaszystość, gwałtowność i liryzm. Ta wieloaspektowość nawiązuje też do starań człowieka, by pogodzić wewnętrzne sprzeczności i odnaleźć sens w otaczających go zjawiskach, które są skomplikowane i złożone.

P. Skowron, 7691, 2016 r.,  fragment, fot. D. Sadowska

W przestrzeni dzieł nic nie zamiera, a wszystko drga. Kierują one na drugą stronę rzeczywistości. Nie liczą się tam powierzchnie i pozory życia. Artysta wdziera się do jego środka, by wydobyć i przedstawić samą esencję. Co nią jest? Wieczny ruch, odczuwalny, ale niewidzialny, a dzięki środkom plastycznym – ukazujący się w całej prawdzie. Powtarzalność poszczególnych detali nadaje mu rytm. Najbardziej tajemnicze pozostają statyczne czworokąty. Wciągają linie w swoje obszary i wydobywają je z siebie. W figurze więc wszystko się zaczyna i wszystko się kończy.

„jeden bóg urodził
Nieskończoność i Nicość
Dwie siostry syjamskie
i nie wie co z tym zrobić

ale siostry syjamskie
zrośnięte głowami
chodzą na zakupy
chodzą do fryzjera
i mówią że są szczęśliwe”[2]

- fragment utworu Tadeusza Różewicza Siostry syjamskie poetycko oddaje sens tej interpretacji. Poza tym uświadamia, że warto zdjąć z podobnej symboliki ciężar. Ona odnosi się również do codzienności, obfitującej w początki i pożegnania. Sekrety prac łódzkiego twórcy da się rozwikłać na wiele sposobów.

P. Skowron, 2010132, 2014 r., fot. T. Łaptaszyński

Jego grafiki są niepowtarzalne, także dosłownie. Artysta tworzy je w pojedynczych egzemplarzach. Nie zamyka przed sobą żadnej drogi i śmiało stosuje eksperymenty. Lubi łączyć różne techniki. Działa w obrębie druku wklęsłego, wypukłego i sitodruku. Obraca matrycę, korzystając  z tej samej po wielokroć. Nakłada na siebie kolejne warstwy farby i różnicuje stopień wtarcia. Najważniejszy jest dla niego ostateczny efekt, a nie to, jak go uzyskał.  Nie zamyka się przed nowymi pomysłami i zmianami.

W jego działaniach widoczne są wpływy ekspresjonizmu abstrakcyjnego. W tekście swojej pracy magisterskiej wskazuje na abstrakcyjny wymiar emocji. „Można by się więc pokusić o abstrakcyjny ich zapis (…). Jeśli abstrakcyjny, to staje się przed wyborem między abstrakcją geometryczną, a niegeometryczną. Podejście geometryczne, z racji swej bezuczuciowej natury, byłoby raczej ślepą uliczką, dlatego słuszniejszym wyborem jest abstrakcja niegeometryczna”[3] – tłumaczy i sam się kieruje tymi słowami. Prace inspirujących go reprezentantów wymienionego kierunku: Franza Kline’a, Wolsa,  Hansa Hartunga, Pierre’a Soulages, Marka Rothko są bardzo zróżnicowane. 

F. Kline, Mahoning, 1956 r., źródło

H. Hartung, bez tytułu, 1958 r., źródło

P. Soulages, Obraz, 1979 r., źródło

M. Rothko, Czarny na Maroon, 1958 r., źródło

Łączy je stosowanie przez twórców prostych, ale silnie działających środków,  przekonanie, że każda forma niesie własną treść i ukazywanie dzięki ich zestawieniom natury głębokich przeżyć. Ponadto wszyscy ci malarze stawiali na subiektywizm. Świadomość ich osiągnięć i poglądów powoduje, że Skowron również z wyczuciem dobiera sposoby, jakimi dociera do upragnionych rezultatów.  Podobnie do abstrakcyjnych ekspresjonistów tworzy prace w dużych formatach. 

Wernisaż wystawy P. Skowrona Drgania w Galerii Re:Medium, fot. M. Nowosiad

Zauważa, że rozmiar dzieła wpływa na budowanie napięcia między nim, a widzem, co również przekłada się na odbiór. Szczególnie ceni twórczość Marka Rothki i to, jakimi metodami uzyskiwał on oryginalny i poruszający klimat obrazów. W warstwie wizualnej przejmuje od niego zacierające się krawędzie figur. Prace Skowrona stwarzają też tajemnicze pole do refleksji. Cechuje je romantyzm i wdzięk, który trudno jednoznacznie uchwycić słowami.

Abstrakcja powiązana jest z surrealizmem, z którego się wywodzi. Ma charakter instynktowny, sięga do odwiecznego impulsu człowieka, by linią i formą wyrazić swój aktualny stan. Opisywany artysta przyznaje, że źródłem jego działań  jest podświadomość. Jednak przetwarza on wypływające z niej doznania w sposób świadomy i pewny, z rozmysłem posługując się danymi rozwiązaniami.

Z polskich twórców, którzy wywarli na niego wpływ, Skowron wymienia Stefana Gierowskiego i Stanisława Fijałkowskiego. 

S. Gierowski, Obraz DCXXVII, 1991 r., źródło
S. Fijałkowski, 17 V 2012-2. psd, źródło

Wskazanie na te postaci jeszcze bardziej uwidacznia  nacisk, jaki artysta kładzie na odpowiednią kompozycję i jej dramaturgię – żeby przyciągnęła oko i poruszyła wnętrze. Podziela stanowisko, że sztuka bezprzedmiotowa  nie jest wyłącznie sztuką dekoracyjną. Jej sens stanowią nie tyle zgrane ze sobą kształty, co  wyrażanie tego, co gra w duszy.  Prace Skowrona charakteryzuje żywiołowość. A skoro fascynują go malarze, to nic dziwnego, że niejednokrotnie zyskują one malarski wymiar.

Wernisaż wystawy P. Skowrona Drgania, fot. M. Nowosiad

Każdy bodziec płynący z podświadomości i z fascynacji sztuką twórca ten adaptuje na potrzeby własnego języka plastycznego. Używa go konsekwentnie, a zarazem systematycznie rozwija. Nowych cech nadały mu kolory. Jednak artysta nie sądzi, że już ten język stworzył. Jego zdaniem osiągnięcie podobnego celu wymaga posługiwania się zawsze tymi samymi środkami, w tej samej, jednoznacznej wymowie. Takie działanie ograniczyłoby swobodę odczuwania i interpretacji prac. Obecnie wieloznaczność stanowi ich moc. Dzięki niej pobudzają one wyobraźnię. Sieci linii na płaszczyźnie mogą równie dobrze zamienić się w spękaną ziemię, lód poprzecinany ostrzami łyżew, szybę, w którą uderzają strugi deszczu, gwiezdne konstelacje lub gwiaździste sklepienia.

Wernisaż wystawy P. Skowrona Drgania, fot. M. Nowosiad

W zależności od wrażliwości i nastroju widza, grafiki te przyniosą mu też inne bodźce, oddadzą krzyk lub ciche westchnienie. Twórca przyznaje, że jego nastrój wpływa na dobór mocniejszych bądź łagodniejszych środków. Wystarczy, że odbiorca pozwoli liniom i kształtom dostać się do swojego wnętrza, by dostarczyły mu podobnych wrażeń i wzruszeń, jakie przeżył artysta lub przyniosły echo jego własnych, dawnych doświadczeń. W ten sposób doznanie indywidualne powiększa zasięg, a oddane na grafice emocje wywołują kolejne fale uczuć. „Każdy emocje przeżywa inaczej, odmiennie są malowane przez poszczególnych artystów. Istnieje więc pewne podobieństwo ekspresjonizmu abstrakcyjnego do języków narodowych i tu, i tu brak dogłębnej znajomość danego języka, nie wyklucza zrozumienia emocji, które towarzyszą rozmowie”[4] – uważa artysta, wskazując zarówno na uniwersalne, jak i na indywidualne znaczenie abstrakcji. Sam interesująco łączy oba.

Powyższy tekst ukazał się w folderze do wystawy pt.  Piotr Skowron. Drgania, wydanym przez Miejską Galerię Sztuki w Łodzi (Łódź, 2016 r.). Ekspozycję zobaczycie w Galerii Re:Medium (ul. Piotrkowska 113). Jest czynna do końca lipca. Zapraszam – naprawdę warto, ponieważ prace oglądane „na żywo” przynoszą jeszcze więcej doznań.  

Wernisaż wystawy Drgania. Pośrodku artysta tłumaczy się z prac :), po lewej zasłuchana ja, po prawej kuratorka ekspozycji, p. Adriana Michalska. Fot. M. Nowosiad

Podczas pracy nad artykułem korzystałam z następujących tekstów:
Anfam David A., Beal Mary, Bowes Edwin i in., Techniki Wielkich Mistrzów Malarstwa, przeł. D. Stefańska-Szewczuk, M. Dolińska, B. Mierzejewska, Warszawa 1999.
Hesse Herman, Wilk stepowy, przeł. G. Mycielska, Warszawa 1999.
Kotula Adam, Krakowski Piotr, Sztuka abstrakcyjna, Warszawa 1977.
Różewicz Tadeusz, Siostry syjamskie, w: idem, Szara strefa, Wrocław 2002.
Skowron Piotr, Ekspresjonizm abstrakcyjny jako sposób wyrażenia emocji, praca magisterska, Akademia Sztuk Pięknych, Łódź 2014 [maszynopis niepublikowany].



[1]  H. Hesse, Wilk stepowy, przeł. G. Mycielska, Warszawa 1999,  s. 67.
[2] T. Różewicz, Siostry syjamskie, w: idem, Szara strefa, Wrocław 2002, s. 107.
[3] P. Skowron, Ekspresjonizm abstrakcyjny jako sposób wyrażenia emocji, praca magisterska, Akademia Sztuk Pięknych, Łódź 2014 [maszynopis niepublikowany], s.  67.
[4] Ibidem, s. 69.
Copyright © Marta Motyl