Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Po "Powidokach"

3/09/2017

Po "Powidokach"


Film widziałam grubo ponad miesiąc temu. Mam ostatnio sporo pracy związanej z promocją nowej książki. Napisanie notki o nim ciągle odkładałam więc na bok. Zbliża się spotkanie autorskie ze mną w bibliotece noszącej imię Władysława Strzemińskiego. Uznałam, że oto znak. Koniec odkładania. Przed Wami plusy i minusy Powidoków moim okiem.

Fot. Wiktoria Grzelak

Najlepsze okazały się zdjęcia, o malarskim charakterze. Cóż to byłby za film o plastyku z beznadziejnymi kadrami. Najbardziej podobały mi się lekko przygaszone kolory. Operator, Paweł Edelman, spisał się na medal, ale on dostał już wiele nagród, nominację do Oscara, więc czego innego mielibyśmy się po nim spodziewać ;)

Odpowiadał mi również jeszcze inaczej ujęty portret Strzemińskiego - bezkompromisowego artysty, nieugiętego wobec PRL-owskiej władzyZachowywał wierność swoim awangardowym przekonaniom w każdej sytuacji. Bogusław Linda świetnie przedstawił go też jako pełnego pasji naukowca, charyzmatycznego wykładowcę. Strzemiński nigdy nie żył w luksusach, ale po zwolnieniu z posady profesora Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (powód: nie chciał mieć nic wspólnego z socrealizmem) bieda u niego aż piszczała. Mimo tego malarza nie kusiło przerwanie koszmaru swojej codzienności w zamian za popieranie komunistów. Historia chichotała w najlepsze, bo kto, jak nie on fascynował się rewolucją. Linda przekonująco odegrał złożoność i paradoksalność tej sytuacji. Położenie artysty wyrzucanego z instytucji, których był współzałożycielem. W łódzkim Muzeum Sztuki też przestał być mile widziany, w ogóle widziany, gdyż jego obrazzostały zdjęte ze ścian. 

Walkę o utrzymanie się zestawiono z fizycznym cierpieniem. Scena, w której niepełnosprawny malarz upada na dekorowanej przez siebie wystawie sklepu (innej pracy brak), razem z manekinami, ostro grała na emocjach. Wajda zresztą postawił w tym filmie na mocno naładowane symboliką akcenty. Z różnym powodzeniem, o czym napiszę dalej. 

Teraz muszę Wam się przyznać do mojej słabości do Lindy. Uwielbiam jego przerysowaną, charyzmatyczną grę aktorską. Kiedy ze Strzemińskiego wychodził szorstki w obyciu Franz Maurer, byłam wniebowzięta. Naprawdę. Jednak mają specyficzny, wspólny sznyt ci bohaterowie romantyczni, chociaż każdy z nich wyrażał siłę charakteru i dumę w innych okolicznościach. 

Fot. Wiktoria Grzelak

Przejdźmy do mniej romantycznego związku Strzemińskiego z Katarzyną Kobro. Początkowo podobno bardzo się kochali. Razem żyli i tworzyli. Tajemnicą poliszynela jest to, że gdy w ich związku działo się już źle, Strzemiński bił żonę. A Andrzej Wajda o tym ani mru mruWykoncypował zaś scenę, że po pogrzebie Kobro, na którym nie chciała widzieć swojego jakże kochającego męża, on farbuje kwiaty pod kolor jej oczu. Kuśtykając o kulach zmierza na grób żony. Czy muszę pisać, jak gruba jest to przesada? Ckliwość aż biła po oczach. Brrr.

Uważam, że w filmie szczerze powinny być przedstawione różne strony osobowości malarza, te ciemne również. One dodałyby prawdy jego wizerunkowi. Taki pod tytułem „Kryształowy Strzemiński” nie wychodzi głównemu bohaterowi na dobre, a wypada koślawo, zanadto go upraszczając

Konflikt między małżonkami był wcześniej zarysowany w fabule, tak, ale  łagodną linią. Akcja dzieje się po ich rozstaniu. Kobro jest  poważnie chora, więc niby nie powinno dziwić wid
za, jak mało miejsca zostało jej poświęcone. Moja znajoma nazwała ten zabieg „nogami Kobro”: „Jedyna scena, gdzie widać Kobro w całym filmie, to wizyta Niki w szpitalu, widać tam jej matki martwe nogi. Wydaję mi się, że Kobro zasłużyła na nieco więcej uwagi”. Ano, zasłużyła, bez wątpienia. Co prawda filmowa Nika wtrąciła kilka zdań o matce. Śledziłam, jak z klasą zwiedza Salę Neoplastyczną w Muzeum Sztuki, jeszcze przed jej likwidacją i trafia na dzieła obojga rodziców. Zabrała rzeźby autorstwa Kobro z ich domu. Ale to by było chyba na tyle. 

Tak naprawdę rzeźbiarka z mężem wzajemnie wpływali na swoją twórczość. Wspólnie pracowali nad teoriami artystycznymi. Cały laur za te teorie spadł w pewnej chwili na Strzemińskiego. Zasługi Kobro są zauważane i podkreślane od krótkiego czasu. W filmie była obecna i nie było jej zarazem. 

Oplotkuję już całą rodzinę. Odtwórczyni roli wspomnianej Niki znacznie bardziej pasowałaby do odtwarzania roli Pinokia. Tyle życia i naturalności miała jej gra. 

Bardzo brakowało mi także pokazania, że wysiłek Strzemińskiego nie poszedł na marne. Jego 
zakazane dzieła znów wiszą w muzeach. Książka na temat widzenia, ze słynnymi wykładami, przepisywana przez studentów w tajemnicy, została ostatnio wznowiona. Docenia się go więc i jako praktyka, i  teoretyka sztuki. Na dobre zagościł na kartach jej historii. Twórcy filmu mogli dać znać widzom chociażby w napisach końcowych, że wierność wyznawanym zasadom artystycznym koniec końców wygrała. Tym bardziej, żz takim zacięciem ją pokazali.

Wyszłam z seansu ze sporym niedosytem. Może spodziewałam się Bóg wie czego? Podsumuję dyplomatycznie, że Wajda nakręcił znacznie lepsze filmy. 


***
Razem z Organizatorami zapraszam Was, żebyście spędzili piątkowy wieczór ze mną we wspomnianej bibliotece :)


Jego bohaterem będzie nie tylko Moc granatu, ale i moje wcześniejsze powieści, w których sztuka też ma sporo do powiedzenia. Szczegóły:  https://www.facebook.com/events/408819546136823.
Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"

2/08/2017

Traktor kontra aeroplan. Seans "Sztuki kochania"



Zanim przejdę do właściwego filmu, odniosę się do tego, co zobaczyłam przed seansem w paradzie zwiastunów. Była to zapowiedź drugiej części przygód ni(e)jakiego Christiana Greya. Garnitur, szpilki, odrzutowiec i wielkie AAAACH! W głowie tłukł mi się wtedy wiersz W aeroplanie. Pamiętacie? Na wszelki wypadek przypomnę.

„Miała babcia kurkę,
Kurkę-złotopiórkę,
Wesołą kokoszkę,
Zwariowaną troszkę.
Kiedyś jej ta kurka
Uciekła z podwórka.
Babcia za nią truchtem drepce,
„Wracaj” - krzyczy... – „A ja nie chcę!”


A tam zaraz blisko
To było lotnisko,
Kurka się tam zapędziła,
Aeroplan zobaczyła,
A że była dobra skoczka,
Wskoczyła tam nasza kwoczka.
Wtedy babcia - hopla! -
Też na aeroplan”.

Grey co prawda nie ma kurki, a gąskę (wyjaśniałam to tutaj http://bit.ly/2kP9uR1), którą sam wsadza do aeroplanu i lecą! W wyzwolenie, skoro wszystko dzieje pod hasłem porzucenia konwenansów? A skąd. Para za mocno nie odstaje od XIX wieku. On poluje, ona stanowi łup. Trzeba ten łup na nowo zdobywać, jeśli się go straci i tak w koło Macieju. Kochankowie wirują w schematach w otoczce typu Francja-elegancja, która jest pretensjonalna, że aż zęby bolą. A reklamodawcy próbują nam wmówić, że mamy przed sobą coś pięknego, odważnego i mrau. Stereotypy ukrywają za atrakcyjną maseczką.

Po tych rewelacjach jeszcze piękniej, odważniej i bardziej mrau wypadł „film właściwy”. Szerokie spodnie, szalony miks wzorów i kolorów, sznury bursztynów. Oto doktor Michalina Wisłocka. Pacjentka przeżywająca rozkosz sama ze sobą przy dźwiękach Kwiatów we włosach. Oto jej gabinet ginekologiczny. Sztuka kochania. Oto poradnik seksualny jej autorstwa, o którego publikację walczy ramię w ramię z innymi kobietami. Pod ich wspólną siłą nawet wszechwładni oficjele partyjni muszą się ugiąć.

Pewnie Wisłocka jest mniej lub bardziej heroizowana. Jednak podoba mi się jej portret jako pasjonatki swojej pracy. Z drugiej strony widz poznaje wzloty  i upadki w jej życiu osobistym. Doświadcza napięcia. Co powiecie na tango dwóch kobiet, do którego dołącza mężczyzna? Na galimatias z dwiema ciążami, z których oficjalnie tworzy się jedna, bliźniacza? Na boskiego kochanka, odkrywającego przed Wisłocką pełnię jej kobiecości. Szkoda tylko, że zajęty…

Tak, mężczyzna i ją prowadzi. Taka jest jej droga. Wisłocka powiela tradycyjne role kobiety i mężczyzny w swojej książce. Odkąd po wizycie w kinie przeczytałam jej analizę w tym artykule http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/olga-wrobel-sztuka-kochania-wislocka/, coś mina mi zrzedła. Moje poglądy mocno różnią się od tych Wisłockiej. Nie zgadzam się m.in. z jej receptą na kobiecą atrakcyjność, szczęście w związku, uwagami na temat prowokowania przez dziewczęta do gwałtu, obrzezania. Jak na dzisiejsze standardy książka Sztuka… okazuje się ramotką. Wydawca zaś lansuje ją jako aktualną. Zgadzam się z autorką artykułu, że gdyby przedstawił całość  w kontekście publikacji przełomowej, ale dla nas już historycznej, sprawa wyglądałaby inaczej.  

Ale to książka. Nadal ujmuje mnie wiara Wisłockiej w sens swoich działań pokazana w filmie. One są dla dobra kobiet, choć tak, jak ginekolożka sama je pojmuje. Istotna jest też oczywiście różnica okoliczności historycznych. Grey jest zaś współczesny i zarazem zachowawczy do bólu. Przy tym film o seksuolożce z PRL-u wydaje się wręcz rewolucyjny.

W porównaniu z innymi „hitami” kinowymi, serwowanymi w okolicach Walentynek, Sztuka… nie jest picem na wodę fotomontażem. Okazuje się wyjątkowo śmiała i  niejednoznaczna. Ba, można pokazać taki film w mainstreamie i ludzie go oglądają. Erotyka adresowana głównie do kobiet nie trąci plastikiem, a mózg nie robi się od niej gąbczasty.

Przejdźmy więc do łóżka i nie tylko, bo w plenerze także sporo się dzieje. Kadry są całkiem zmysłowe, choć ten z błękitną czy tam zieloną laguną trącił kiczem. Czy sceny erotyczne są odważne? Zależy, co kto ma za odważne, ale jak na współczesne polskie kino - owszem. Dla mnie ich siłę stanowią naturalność i swoboda. Głównego amanta odstawia chłop z wąsem, a nie dyżurny piękniś i to też się chwali. Aeroplan mu niepotrzebny. Ma traktor ;) Ponadto umie uszyć ukochanej kieckę z zasłonki. Bardziej przemawia do mnie dzikość i czułość ich relacji niż głodne kawałki ze współczesnych komedii romantycznych, szyte jakby pod jeden wymiar.  Wspomniany chłop nie chce ani kurki, ani gąski. On chce raczej takiego ptaka, który potrafi latać na swoich skrzydłach. To już jest coś.

Główna postać również została odegrana charakternie i z pasją. W ogóle uczucia, które emanują z ekranowych bohaterów, wydają się na wskroś prawdziwe. Dzieci również zagrały dobrze, szczególnie w zestawieniu z pewnym drewienkiem z Powidoków (o których jeszcze napiszę, obiecałam!).

Mam własny sposób pomiaru, czy film jest dobry. Skalą są łzy. Jeśli nie płaczę szału nie ma. Na Sztuce kochania szał był. Chyba najbardziej przejmująca była dla mnie walka o publikację książki i samotność osoby zajmującej się zawodowo miłością. Mówiłam, że jest niejednoznacznie?

W moich powieściach Odcienie czerwieni i Moc granatu staram się udowodnić, że o ciele i zmysłach kobieta może mówić innym językiem niż z Harlequina. Opisuję i seks heteroseksualny, i lesbijski. Wejście w typowe role, podszewkę  pod nimi i zamianę ról. Kiedy mówię, że piszę m. in. o erotyce, nieraz widzę pobłażliwy uśmieszek i słyszę: „Aaaa, coś a’la Grey?”. Muszę przekonywać, że to, co tworzę, jest bardzo oddalone od tej książki. Sądzę, że jest miejsce na różne typy wyobraźni, pojmowania relacji i absolutnie nie będę krzyczeć: „Precz z…”. Po prostu przeszkadza mi utarte przekonanie, że seks w literaturze, w kinie dla wielu równa się wiadomej serii. Cieszę się więc ze Sztuki kochania  na ekranie. Wierzę (może naiwnie), że i tym razem Wisłocka pomoże wyważać drzwi tego, co powszechnie przyjęte.


Jeśli macie ochotę podyskutować na żywo m. in. o sposobach prezentowania erotyki we współczesnej kulturze, zapraszam na spotkanie autorskie ze mną w Domu Literatury w Łodzi, 16 lutego o 19:00 :).

Niezaspokojenie

8/19/2014

Niezaspokojenie


źródło

Poniższy tekst nie jest recenzją, a zapisem rozważań po obejrzeniu filmu.

Joe, główna bohaterka Nimfomanki, nigdy nie odnajdzie spełnienia. Zmysły i psychika tej kobiety pozostają nienasycone doznaniami. Ona potrzebuje ich w coraz większych dawkach. Seks staje się dla niej też sposobem na pozbycie się napięcia. Kiedy beznadzieja rośnie, erotyzm działa jak zastrzyki energii i pierwotnej siły witalnej. Śmierć oddala się. Pomoc jest doraźna, bo złe stany i tak wracają, więc Joe znowu musi je odreagować. Nałóg zniewala, gdyż rozkosz przeplata się z bólem. Sądzę, że słowem-kluczem do dzieła von Triera jest „niezaspokojenie”. Ono wiąże się z obsesją i przymusem, właściwymi dla każdego uzależnienia. 

Alkoholik regularnie zagląda na dno butelki, lecz nie ukoi pragnienia. Pracoholik odnosi wrażenie, że poświęca za mało czasu zadaniom, które powinien zrealizować. Zresztą nie wykona ich tak perfekcyjnie, jakby sobie tego życzył. Dla anorektyczki jej ciało nie jest i nie będzie wystarczająco chude. Bulimiczka traci panowanie nad napadami obżarstwa i nie powie "stop", dopóki nie zwymiotuje. Wszyscy ci ludzie wciąż czują się "nie tak". Czy poprzez nałóg na jaw wychodzą emocje, które zepchnęli w głąb siebie? A może oni doświadczają uczuć zastępczych, związanych z zapotrzebowaniem na to, co ich uzależnia? Wszelkie problemy bledną w obliczu narkotycznego głodu. Część nałogowców przed powielaniem paranoicznych zachowań powstrzyma dopiero fizyczne wyczerpanie organizmu. Jego zwiastun, cierpienie, pojawia się w ich życiu zbyt często. Oni go łakną, by wyżyć się na sobie. Za jakie grzechy? O to trzeba by pytać indywidualnie. Czy dla wielu osób największym grzechem nie jest to, że istnieją? Próbują rozładować cierpienie, jakie  przynoszą im codzienne zmagania z życiem. One prędzej czy później rzucają wyzwanie nadmiernej wrażliwości. 

Na psychoterapii grupowej dla uzależnionych Joe wygłasza płomienne przemówienie, w którym śmiało przyznaje się do odczuwania nieokiełznanego pożądania i oskarża "burżuazyjne" społeczeństwo o hipokryzję. Jej próby bycia taką samą jak inni kończą się fiaskiem. Przestaje jej przeszkadzać, że dla wielu osób jest odstręczająca. Zaczyna czerpać satysfakcję z tego, że nosi w sobie "brud", którego nie akceptują ludzie uważający się za moralnie wyższych od niej. Stawia pod znakiem zapytania przyjęte przez nich normy. Wybiera życie poza ich systemem. Przekracza kolejne granice.

Jest rebeliantką, która w końcu decyduje się wyrazić cały nagromadzony w sobie gniew. Krzyczy, niszczy, podpala. Nawet nie musi zdobywać się na odwagę. Szukanie coraz mocniejszych wrażeń jest dla niej naturalne, przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Joe kierują impulsy, ale nie oznacza to, że ona jest bezmyślna. Jej sposób pojmowania świata, typ charakteru i kolejne przeżycia pomagają zrozumieć jej postępowanie. Bohaterkę cechują odwaga, niezłomność i zgoda ze sobą. Ona nie wstydzi się siebie. Zdaje sobie sprawę, co zrobiła dobrze, a co zupełnie jej się nie udało. Próbuje zrozumieć siebie. Nawiedzają ją wyrzuty sumienia. Moim zdaniem nietrudno jest polubić tę kobietę. Zresztą, kto wie, co w jej historii jest prawdą, a co zmyśleniem, wykreowanym na potrzeby drugiego bohatera, Seligmana? Na ile on współtworzy opowieść Joe? Niedopowiedzenia zwykle mnie przyciągają i zachwycają.

Wspominałam już o tym, że uznaję film za dobry, gdy przyniesie mi silne wrażenia. W tej klasyfikacji Nimfomanka jest znakomita!  Fascynują mnie niepokojące dzieła. Niektóre emocje mi nie wystarczają. Chcę je potęgować lub szukam nowych jak opętana, w sztuce i w życiu. Czasami robię to nieświadomie, po prostu wchodzę w nurt. Znacie to uczucie? Intensywne doświadczenia mają za zadanie mnie pobudzić, przywrócić do "tu i teraz". Hej, Joe, wydaje mi się, że rozumiem Twój nieposkromiony apetyt. I że wielu widzów go zrozumie, nawet, gdy nie zechcą się do tego otwarcie przyznać.


Czytajmy Jelinek

2/22/2014

Czytajmy Jelinek


Zdarzają się historie, które nie dają spokoju, dopóki nie pozna się ich po ostatnią stronę. W uniesieniu i przerażeniu czytam takie kartka po kartce, i chcę dalej, więcej, szybciej. Kręcę się na tej karuzeli i mocno się trzymam, choć gromadzi się we mnie coraz więcej napięcia. Nic dziwnego, że kiedy schodzę, czuję mdłości.

Do takiej grupy należy Pianistka Elfriede Jelinek.

źródło

Pisarka opowiada o życiu Eriki Kohut, profesorki, która uczy gry na fortepianie. Jej kariera artystyczna nie powiodła się tak, jak tego oczekiwała, a życie osobiste jest jeszcze bardziej niesatysfakcjonujące. Czterdziestoletnia kobieta wciąż mieszka z despotyczną matką. Są od siebie uzależnione emocjonalnie. Awanturują się i biją, godzą, a nocami zgodnie dzielą małżeńskie łoże. Główna bohaterka ma skłonności autodestrukcyjne i brutalnie się okalecza. Zakochuje się w niej uczeń, Walter Klemmer. Początkowo jest nieświadomy utajonych przed otoczeniem upodobań podziwianej nauczycielki. Nie wie, że po zajęciach znakomicie znająca się na muzyce, dystyngowana, oschła i złośliwa Kohut ogląda peep-show, filmy pornograficzne albo pary uprawiające seks w parku. Jej wymagania  co do ich relacji, spisane w skierowanym do niego liście, wprawiają go w osłupienie. Ona nawet nie podejrzewa, jak zemści się za nie młody mężczyzna.  Więcej nie zdradzę. 

Nie znoszę Pięćdziesięciu twarzy Greya – kiczowatej opowieści o odnajdywaniu swojego pana, który ocali zagubioną niunię, nada jej życiu sens i znaczenie, a jaki dreszczyk temu towarzyszy! Jaki występek! Hoho! Po prawdziwe dreszcze zapraszam do Jelinek, która napisała swoją powieść wiele lat przed „przełomową” sagą E.L. James. Wszystkie jej fanki powinny sięgnąć po Pianistkę, by przekonać się, jak wygląda wstrząsający portret psychologiczny, czym jest przekraczanie granic, co się dzieje, gdy sytuacja rzeczywiście wymyka się spod kontroli i już nie da się niczego cofnąć. Literatura Jelinek to nie jest tani komplecik z sex shopu z przepaską na oczy gratis. Czytajmy ją, bo bardzo wydatnie obrazuje różne obsesje i zagrożenia. Bez żenady wyciąga poupychane po szafach, mroczne strony charakteru różnych postaci i realne upokorzenia, jakimi obdzielają i jakich doświadczają. Jej książki przejmują dogłębnie i nie dają spokoju. Aż mi wstyd porównywać obie autorki. Wybaczcie skojarzenie, po prostu jestem cięta na książki o umiejętnościach Greya i tłumaczenia, jak one wyzwalają kobiety. Jelinek wprost i brutalnie pisze o zniewoleniu przez innych ludzi i wewnętrzne demony. Śmiało prowadzi przez piekło myśli i zachowań.

Noblistka ma wykształcenie muzyczne, co wpłynęło na jej prozę, gdyż w niej naprawdę dobrze gra słowami. Jedno biegnie za drugim bardzo wartko, rytmicznie, wszystko jest tak zgodne… nie potrafię tego odpowiednio określić. Dawno nie miałam w ręku równie wciągających książek jak jej. Wspominałam już, że kiedy dzieło mną zatrzęsie, odczuwam satysfakcję. Pragnę tej szalonej karuzeli, mimo następstw po zejściu z niej. Dlatego polecam też film Michaela Hanekego zrealizowany na podstawie Pianistki. 

źródło

Obraz filmowy zwykle jest uproszczeniem, niektóre wątki książki zostały naturalną koleją rzeczy pominięte. Jednak reżyser dobrze oddał atmosferę powieści i osobowości bohaterów. Jestem mu wdzięczna szczególnie za to, że pokazał mi Erikę. 

źródło

Zaproponowany przez niego wizerunek idealnie do niej pasuje. Kiedy czytam, nie wyobrażam sobie wyglądu postaci we wszystkich szczegółach. Teraz, gdy myślę o głównej bohaterce, widzę ją jak w tym filmie.

Piękny kadr, jeden z moich ulubionych. Są w nim metafizyka, spokój, cisza. Daje odpocząć od wrażeń. Źródło

Scena odczytywania listu w pokoju Eriki. Źródło

Na koniec dodatek specjalny: wyestetyzowana lalka, która w ogóle nie pasuje mi do tej postaci, ale... doceniam, gdy bohater wychodzi z książki i jest kreowany na różne sposoby.

źródło
Rozdwojenie i poruszenie: "Persona"

12/05/2013

Rozdwojenie i poruszenie: "Persona"


Najwspanialsze są dla mnie dzieła, które przynoszą „niezdrowe” podekscytowanie,  przyprawiają o ścisk żołądka i nie pozwalają zasnąć. Dzięki Personie Ingmara Bergmana znów czuję, że żyję. Chciałabym na zawołanie odtwarzać różne sceny filmu. Niby nic prostszego przy obecnym poziomie techniki, dostępności sprzętu itd. Jednak mam na myśli inny sposób odtwarzania, bez zastosowania jakiegokolwiek urządzenia, możliwy w każdych warunkach, bo potrzebuję do niego jedynie pamięci. Niestety, ona zwykle funduje mi odbiór jak ze starej kasety wideo.

Obraz jest mało wyraźny, taśma się zacina, scena się urywa, śnieży. Dostaję przeprosiny za usterki, ale po co mi one, gdy pragnę jakości Ultra HD! A gdyby pójść dalej, w taką „jakość”, że kiedy tylko zechcę zamieniałabym się w wybraną aktorkę, wyglądała i poruszała się jak ona, wygłaszała jej kwestie identycznym tonem? Persona porusza przecież problem przemiany. Norma i obłęd, aktywność i bierność, lustrzane odbicie i przeciwieństwo, wsparcie i walka: okazuje się, że pierwsze ewoluuje w drugie bez trudu (i odwrotnie). 

źródło

Charakterystyczna cecha filmu to podwójność. Jego głównymi bohaterkami są dwie kobiety, aktorka Elisabeth Vogler (Liv Ullman) i pielęgniarka, Alma (Bibi Andersson). Spotykają się w szpitalu. Elisabeth trafia tam, gdyż przestaje mówić.

 Uwielbiam ten kadr, uważam go za przepiękny. Sala szpitalna jest surowa, prosta, zgeometryzowana – „twarda”. Miękkie, pofałdowane tkaniny kotary i koszuli nocnej spływają w dół. Nieruchoma postać, zamknięta w swoim wnętrzu, wpatruje się w ekran telewizora. Za moment przestraszy się, lecz nie wydobędzie z siebie krzyku (źródło)

Przyczyny zamilknięcia tkwią w psychice. Aktorka wyraża ciszą wewnętrzny bunt. Pielęgniarka podziwia swoją pacjentkę, postrzega ją jako uduchowioną artystkę, dba o nią z oddaniem i czułością.

źródło

Ich relacja przenosi się ze szpitala na grunt prywatny, gdy zgodnie z zaleceniem lekarki trafiają do domu nad morzem. Pobyt w nim ma podziałać na aktorkę terapeutycznie i sprawić, że przerwie ciszę. Alma otwiera się przed nią, opowiada jej nawet intymne przeżycia. Ze wzruszeniem przyznaje, że Elisabeth jest pierwszą osobą, która naprawdę jej słucha. Osoba leczona zamienia się w leczącą.

Najbardziej przejmujące są nocne zwierzenia (źródło)
 
Kobiety zbliżają się do siebie. Alma dostrzega podobieństwa między nimi (albo pragnie je widzieć).

Co wpływa na atmosferę? Liczy się spojrzenie, sposób rozchylenia ust, gest odgarnięcia włosów. Za chwilę dłoń zsunie się z głowy (źródło)

Najsłynniejszy kadr. Za dużo słów odbiera tym zdjęciom moc. Cisza też jest potężnym środkiem wyrazu (źródło)

Jeden niedomknięty list zaburza ich bliskość. Jego nadawczynią jest aktorka. Druga bohaterka wiezie go razem z całą korespondencją do miasta. Nie napiszę, co działo się, kiedy wróciła z poczty: jeżeli nie widzieliście, zobaczcie, koniecznie! Bergman mistrzowsko buduje napięcie. Przedstawiona historia, psychologia postaci, kadry - wszystkie te elementy są pełne, nasycone, ale nie przeładowane. Wystarcza zbliżenie na twarze i kilka słów, bym nie mogła ruszyć się z wrażenia i wykonała podobny gest:

źródło

Dwie osoby skazane na siebie i ich zmienna relacja stworzyły nieograniczone pole do przeżywania i dla wyobraźni. 

źródło

W wielu recenzjach przewija się pomysł, że „Persona” jest historią JEDNEJ kobiety. Moim zdaniem zaletą tego filmu są podobne niedopowiedzenia. Nie potrzeba efektów specjalnych, ani 3D, bo i tak trudno oderwać oczy, a jeszcze trudniej odzyskać spokój.
Copyright © Marta Motyl