4/23/2020
Victorine. Opowiadanie
Nie podniósł się z łóżka wtedy, kiedy budzik mu kazał.
Podniósł, a raczej poderwał się wtedy, kiedy nie miał już ani chwili do
stracenia. Z sypialni ruszył tempem sprintera do łazienki. Pochlapał twarz
zimną wodą. Poszurał szczoteczką po zębach. Ani razu nie popatrzył w naścienne
lustro, żeby nie stracić tempa.
Rękawy koszuli i nogawki spodni smętnie zwisały z
pralki, na którą odłożył ubrania przed snem. Energicznie je stamtąd zerwał,
jakby chciał, żeby otrząsnęły się razem z nim. Migiem wciągnął je na
siebie. Dobiegł do przedpokoju. Wpadł w buty. Porwał kurtkę z wieszaka. Z hukiem
zatrzasnął za sobą drzwi.
Udało mu się dotrzeć do mety, do przystanku, na minutę
przed odjazdem autobusu. Stłoczył się w nim
razem z innymi ciałami, które jechały spędzać poranek, południe i popołudnie
w pracy. Duże i nabrzmiałe, ciągle pęczniały, jakby zaraz miały rozsadzić niezliczoną
ilość rękawów i nogawek. Do nich dociskały się kolejne ciała. Rozpychały się całą
masą, a ona powiększała się z przystanku na przystanek. Rosła jak drożdżowe ciasto
w dzieży. Och, jak mu smakowało! Ale nie w takiej formie, nie tutaj.
